Jak przestałem ratować dorosłe dzieci – opowieść Piotra z Bełchatowa

– Piotrze, znowu dzwonił Bartek. – Głos Oli rozbrzmiał w kuchni, kiedy wracałem z ogrodu, niosąc koszyk pełen jabłek. – Mówił, że to pilne.

Zatrzymałem się w progu. W tej chwili poczułem znajome ukłucie w żołądku – niepokój, który towarzyszył mi za każdym razem, gdy słyszałem imię naszego syna. Bartek miał trzydzieści dwa lata, a ja wciąż czułem się odpowiedzialny za każdy jego problem.

– Co tym razem? – spytałem cicho, choć znałem odpowiedź. Ola spojrzała na mnie z troską i zmęczeniem.

– Mówił, że nie ma z czego zapłacić czynszu. Znowu. I że jeśli mu nie pomożemy, wyrzucą go z mieszkania.

Oparłem się o framugę drzwi. Przez okno widziałem naszą działkę – miejsce, które przez lata budowałem własnymi rękami. Wszystko, co miałem, oddałbym dzieciom bez wahania. Ale ile razy można ratować dorosłego człowieka?

Bartek był naszym pierworodnym. Od zawsze miał pod górkę: trudności w szkole, potem nieudane studia, praca, którą rzucał po kilku miesiącach. Zawsze coś było nie tak – szef niesprawiedliwy, współlokatorzy nieznośni, dziewczyna go zostawiła. A my z Olą… zawsze byliśmy na posterunku. Pożyczki na spłatę długów, wsparcie przy wynajmie mieszkania, pomoc przy przeprowadzkach. Zosia, nasza młodsza córka, poszła inną drogą – skończyła studia, wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i własny dom pod Łodzią. Rzadko prosi o pomoc.

Tego wieczoru długo siedzieliśmy z Olą przy stole. W powietrzu wisiała cisza pełna niewypowiedzianych słów.

– Może tym razem powinniśmy powiedzieć „nie”? – zapytała cicho Ola.

Patrzyłem na nią zdziwiony. Zawsze była bardziej wyrozumiała ode mnie.

– Przecież jeśli go wyrzucą…

– Piotrze – przerwała mi – ile jeszcze razy będziemy go ratować? On nigdy nie stanie na własnych nogach, jeśli ciągle będziemy go asekurować.

Nie spałem tej nocy. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: pierwszy rower Bartka, jego łzy po przegranym meczu, nasza wspólna wyprawa nad morze… Czy naprawdę mogę odmówić własnemu dziecku?

Następnego dnia zadzwoniłem do Bartka.

– Cześć tato! – usłyszałem w słuchawce jego głos pełen napięcia.

– Cześć synu. Słyszałem od mamy, że masz kłopoty.

– Tato… ja naprawdę nie wiem, co robić. Wiesz, że szukam pracy… Ale teraz muszę zapłacić czynsz, bo mnie wyrzucą! Pomóż mi jeszcze raz…

Zacisnąłem powieki.

– Bartek… Synu… Nie mogę ci już pomagać w ten sposób. Musisz sam rozwiązać ten problem.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Ale… Tato! Przecież zawsze mi pomagałeś! Jak możesz mnie teraz zostawić?

Czułem, jak ściska mi się gardło.

– Bartek, jesteś dorosły. Musisz nauczyć się radzić sobie sam. Wierzę w ciebie.

Rozłączył się bez słowa.

Przez kolejne dni czułem się jak najgorszy ojciec na świecie. Ola próbowała mnie pocieszać:

– Zrobiłeś dobrze. On musi dorosnąć.

Ale ja widziałem przed oczami Bartka jako małego chłopca i serce mi pękało.

Minęły dwa tygodnie. Bartek nie dzwonił. Zosia zadzwoniła raz:

– Tato, wiem, że ci ciężko… Ale Bartek musi się nauczyć odpowiedzialności. My też mieliśmy trudne chwile z Krzyśkiem i jakoś daliśmy radę.

W końcu odezwał się Bartek. Przyszedł do nas niespodziewanie w niedzielę rano. Był blady i zmęczony.

– Przepraszam – powiedział cicho na progu.

Usiedliśmy razem w salonie. Bartek długo milczał, a potem opowiedział nam wszystko: jak musiał pożyczyć pieniądze od kolegi, jak przez kilka dni spał u znajomych, jak w końcu znalazł pracę w magazynie pod Piotrkowem Trybunalskim.

– Nie jest lekko – przyznał – ale pierwszy raz czuję, że coś ode mnie zależy.

Poczułem ulgę i dumę jednocześnie. Ola miała łzy w oczach.

Bartek wraca do nas częściej niż kiedyś – nie po pieniądze, ale po rozmowę i wsparcie. Nasza relacja się zmieniła: mniej w niej zależności, więcej szacunku.

Czasem patrzę na niego i zastanawiam się: czy gdybym wcześniej przestał go ratować, szybciej by dorósł? Czy bylibyśmy dziś bliżej siebie? A może każdy rodzic musi przejść przez ten ból odpuszczania?