Kiedy mój syn Bartek postanowił zamieszkać w starej chacie: powiedziałam stanowcze NIE, ale…
— Mamo, chcę się wyprowadzić do chaty na Mazurach z Martą — powiedział Bartek, patrząc mi prosto w oczy, jakby czekał na wyrok. Był wieczór, siedzieliśmy przy kuchennym stole, a ja mieszałam herbatę, próbując ukryć drżenie dłoni. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. W mojej głowie natychmiast pojawiły się obrazy: Bartek, mój najmłodszy, jeszcze niedawno biegał po podwórku z rozbitym kolanem, a teraz chce zamieszkać sam, z dziewczyną, w starej, zapomnianej przez wszystkich chacie, do której od lat nikt nie zaglądał.
— Bartek, czy ty w ogóle wiesz, co mówisz? Tam nie ma nawet porządnego ogrzewania! — wybuchłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. — A Marta? Ona się na to zgadza?
Bartek westchnął ciężko, jakby przygotowywał się na tę rozmowę od dawna. — Mamo, rozmawialiśmy o tym. Chcemy spróbować żyć na własny rachunek. Mamy dość miasta, hałasu, tego ciągłego pośpiechu. Chata jest wasza, stoi pusta. Chcielibyśmy ją wyremontować, zrobić coś swojego.
Poczułam, jak narasta we mnie złość, ale i bezradność. Przecież to nie jest miejsce do życia dla młodych ludzi! Tam nawet zasięgu nie ma, a co dopiero mówić o pracy czy studiach. Bartek zawsze był marzycielem, ale tym razem wydawało mi się, że przesadza. — A co z twoją pracą? Studiami? — zapytałam, próbując zachować spokój.
— Pracuję zdalnie, mamo. Marta też. Damy sobie radę. Chcemy spróbować, zanim zdecydujemy się na coś poważniejszego. — Jego głos był spokojny, ale widziałam w oczach niepewność. — Proszę cię, nie rób z tego tragedii.
Wiedziałam, że nie przekonam go argumentami. Bartek był uparty, jak jego ojciec. Ale przecież to nie jest tylko jego decyzja! To nasza rodzinna chata, miejsce pełne wspomnień, ale też ruin i niedokończonych spraw. — Nie zgadzam się — powiedziałam stanowczo. — To nie jest dobry pomysł. Ale… jeśli już się uparliście, pomogę wam. Nie pozwolę, żebyście zrobili sobie krzywdę.
Bartek spojrzał na mnie z wdzięcznością, ale i z nutą rozczarowania. — Dziękuję, mamo. Wiem, że się martwisz. Ale musisz mi zaufać.
Przez kolejne dni w domu panowała napięta atmosfera. Mąż, Andrzej, próbował mnie przekonać, że to tylko faza, że Bartek wróci po miesiącu, kiedy zorientuje się, jak ciężko jest żyć bez wygód. Starsza córka, Kasia, śmiała się z brata, ale w jej głosie było więcej zawiści niż żartu. — Zawsze był ulubieńcem mamy — rzuciła pewnego wieczoru, kiedy Bartek nie słyszał. — Jemu wolno wszystko.
Nie spałam po nocach, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze. Co jeśli coś się stanie? Co jeśli Marta się rozmyśli i zostawi Bartka samego? Co jeśli chata się zawali? W końcu postanowiłam pojechać z nimi na Mazury, żeby zobaczyć, w jakim stanie jest dom. Droga była długa i pełna milczenia. Bartek i Marta siedzieli z tyłu, trzymali się za ręce. Patrzyłam na nich w lusterku i widziałam dwoje dzieci, które chcą udowodnić światu, że są już dorośli.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, chata wyglądała jeszcze gorzej, niż pamiętałam. Dach przeciekał, okna były wybite, a w środku czuć było wilgoć i stęchliznę. Bartek jednak patrzył na to wszystko z zachwytem. — Zobacz, mamo, ile tu pracy! — powiedział z entuzjazmem. — Ale damy radę. Zrobimy tu prawdziwy dom.
Nie mogłam powstrzymać łez. Z jednej strony byłam dumna z jego odwagi, z drugiej — przerażona. Przez kolejne dni pomagaliśmy im sprzątać, wynosić stare meble, łatać dziury w dachu. Marta okazała się zaradna i pracowita, choć widziałam, że czasem brakuje jej sił. Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku, rozmawialiśmy o przyszłości. Bartek opowiadał o swoich planach, o tym, jak chce tu zaprosić przyjaciół, jak zamierza uprawiać warzywa, jak marzy o ciszy i spokoju.
Ale życie szybko zweryfikowało ich marzenia. Po dwóch tygodniach Marta zaczęła narzekać na brak wygód. — Bartek, ja nie dam rady bez ciepłej wody i internetu — powiedziała pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole. — To nie jest życie, tylko walka o przetrwanie.
Bartek próbował ją przekonać, że to tylko kwestia czasu, że wszystko się ułoży. Ale widziałam, że jest coraz bardziej zmęczony. Zaczęli się kłócić o drobiazgi: o to, kto ma wynosić śmieci, kto ma naprawić drzwi, kto ma gotować. Pewnego dnia Marta spakowała walizkę i wróciła do miasta. Bartek został sam.
Pojechałam do niego kilka dni później. Siedział na schodach przed chatą, patrzył w dal. — Mamo, chyba się przeliczyłem — powiedział cicho. — Myślałem, że dam radę, ale to wszystko mnie przerosło.
Usiadłam obok niego, objęłam go ramieniem. — Bartek, każdy ma prawo do błędów. Najważniejsze, żebyś wiedział, że zawsze możesz wrócić do domu.
Patrzył na mnie długo, jakby szukał odpowiedzi na pytanie, którego nie potrafił zadać. — A jeśli już nigdy nie będę taki, jakiego oczekujecie? — zapytał w końcu.
— Synku, nie musisz być nikim innym, niż jesteś. Kocham cię, nawet jeśli czasem nie rozumiem twoich wyborów.
Dziś, kiedy patrzę na Bartka, widzę w nim nie tylko syna, ale i człowieka, który próbuje znaleźć swoje miejsce na świecie. Może czasem trzeba pozwolić dzieciom upaść, żeby mogły się podnieść silniejsze? Czy potrafimy zaakceptować ich błędy, nie tracąc przy tym własnego serca? Czasem sama nie wiem, gdzie kończy się troska, a zaczyna kontrola…