„Mama zadzwoniła, że przyjeżdżają krewni. Powiedziałam nie i się rozłączyłam. Pierwszy raz w życiu postawiłam na swoim”
– Aniu, w sobotę przyjeżdżają ciocia Basia z wujkiem Zbyszkiem. Przygotuj się, będziemy u ciebie po południu – głos mamy był stanowczy, jak zawsze, kiedy coś postanowiła. Poczułam, jak krew zaczyna mi szybciej krążyć. Siedziałam na niewielkim balkonie mojego mieszkania na warszawskim Mokotowie, patrząc na szare bloki i słysząc gwar ulicy. To był mój świat – świat, który wybrałam, uciekając z rodzinnej wsi pod Radomiem.
– Mamo, nie dam rady. Mam plany na sobotę – odpowiedziałam, starając się, by mój głos nie drżał.
– Aniu, nie przesadzaj. Rodzina jest najważniejsza. Przecież zawsze byłaś taka pomocna. Co ci się stało? – usłyszałam w słuchawce nutę rozczarowania, która zawsze sprawiała, że czułam się winna.
Zacisnęłam zęby. Ile razy już to słyszałam? Ile razy rezygnowałam z własnych planów, żeby zadowolić innych? Przypomniałam sobie wszystkie te niedziele spędzone przy stole, słuchając narzekań ciotki Basi na „dzisiejszą młodzież” i wujka Zbyszka, który zawsze pytał, kiedy w końcu znajdę sobie „porządnego chłopaka”.
– Mamo, nie. Nie tym razem. Nie przyjeżdżajcie – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Zapadła cisza. Słyszałam tylko jej oddech, ciężki, pełen zawodu.
– Aniu, nie poznaję cię. Co się z tobą stało w tym mieście? – powiedziała w końcu, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
– Może w końcu zaczęłam być sobą – wyszeptałam i rozłączyłam się.
Siedziałam tak przez dłuższą chwilę, patrząc na swoje dłonie. Trzęsły się. Nigdy wcześniej nie postawiłam się mamie. Zawsze byłam tą, która godziła się na wszystko, byle tylko nie sprawić nikomu przykrości. Ale ile można żyć dla innych? Ile razy można rezygnować z własnych marzeń, żeby spełniać oczekiwania rodziny?
Przypomniałam sobie dzień, w którym wyjechałam do Warszawy. Mama płakała, tata milczał, a ja czułam się jak zdrajczyni. „Po co ci to miasto? Tu masz wszystko, czego potrzebujesz” – powtarzała mama. Ale ja wiedziałam, że nie chcę życia na wsi. Nie lubiłam zapachu świeżo skoszonej trawy, nie cieszyły mnie spacery po polach. Chciałam kawiarni, kina, ludzi, którzy nie wiedzą o mnie wszystkiego. Chciałam anonimowości i wolności.
W mieście odnalazłam siebie. Znalazłam pracę w wydawnictwie, poznałam ludzi, którzy myślą podobnie jak ja. Po raz pierwszy poczułam, że mogę być kimś więcej niż tylko „córką państwa Kowalskich”. Ale za każdym razem, gdy dzwoniła mama, wracałam do roli grzecznej dziewczynki.
– Anka, co się stało? – zapytała mnie tego wieczoru Magda, moja współlokatorka, widząc, że jestem roztrzęsiona.
– Pokłóciłam się z mamą. Powiedziałam jej, żeby nie przyjeżdżali. Pierwszy raz w życiu postawiłam na swoim – odpowiedziałam, a głos mi się załamał.
Magda objęła mnie ramieniem. – Czasem trzeba. Inaczej nigdy nie będziesz szczęśliwa.
Ale czy to prawda? Czy można być szczęśliwym, odcinając się od rodziny? Przez kolejne dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Mama nie dzwoniła, nie pisała. W domu panowała cisza, która bolała bardziej niż najgorsze kłótnie.
W pracy byłam rozkojarzona. Redaktor naczelny zwrócił mi uwagę, że oddałam tekst z błędami. W kawiarni, w której zawsze zamawiałam latte, baristka zapytała, czy wszystko w porządku. Nawet pies sąsiadki, którego czasem wyprowadzałam, patrzył na mnie smutnymi oczami.
W końcu, po tygodniu, zadzwoniła mama.
– Aniu, nie rozumiem cię. Ale chyba muszę zaakceptować, że jesteś dorosła. Tylko pamiętaj, że rodzina zawsze będzie twoja – powiedziała cicho.
– Wiem, mamo. Ale ja też muszę mieć swoje życie – odpowiedziałam, czując ulgę i smutek jednocześnie.
Po tej rozmowie długo siedziałam na balkonie, patrząc na światła miasta. Z jednej strony czułam się wolna, z drugiej – samotna. Czy naprawdę można mieć wszystko? Czy można być sobą, nie raniąc tych, których się kocha?
Czasem myślę, że życie to nieustanne wybory między sobą a innymi. Czy wy też tak macie? Czy można być szczęśliwym, jeśli nie spełnia się oczekiwań rodziny?