Między ciszą a burzą: Jak próbowałam zbudować więź z przybraną siostrą

– Naprawdę musisz się bardziej postarać, Zosiu – głos mamy był cichy, ale stanowczy, jakby każde słowo ważyło tonę. Stałyśmy w kuchni, a przez okno wpadało blade światło wczesnego popołudnia. W rękach ściskałam kubek z herbatą, który już dawno przestał parzyć. – To dla twojego taty ważne. I dla mnie też.

Nie odpowiedziałam. W głowie miałam tylko obraz Julki – mojej nowej przybranej siostry – jak siedzi na kanapie w salonie, z nogami podciągniętymi pod brodę, wpatrzona w ekran telefonu. Jej twarz była zamknięta, a każde moje słowo odbijało się od niej jak groch o ścianę. Próbowałam już wszystkiego: pytałam o szkołę, o ulubione seriale, nawet o muzykę, której słucha. Zawsze ta sama odpowiedź – krótkie „nie wiem”, „nie mam”, „nie interesuje mnie to”.

Kiedy tata po raz pierwszy powiedział mi, że zamierza się ożenić z panią Magdą, byłam już dorosła. Miałam dwadzieścia dwa lata i wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Rodzice rozwiedli się dziesięć lat wcześniej, a ja przez całe dzieciństwo kursowałam między Warszawą a małym miasteczkiem nad Bałtykiem, gdzie mieszkał tata z dziadkami. Tam czułam się bezpieczna – zapach morza, szum fal i rozmowy z dziadkiem przy herbacie były moją ostoją. Po rozwodzie rodziców mama rzuciła się w wir pracy, a ja nauczyłam się być samodzielna.

Kiedy tata przedstawił mi Magdę i jej córkę Julię, poczułam ukłucie zazdrości. Julka była młodsza ode mnie o cztery lata, miała długie ciemne włosy i spojrzenie, które potrafiło przeszyć na wskroś. Od początku była wobec mnie chłodna i zdystansowana. Myślałam, że to minie – przecież obie jesteśmy dorosłe, damy radę się dogadać. Ale każda próba rozmowy kończyła się fiaskiem.

– Może po prostu jej nie lubię – powiedziałam kiedyś mamie przez telefon. – Może nie muszę jej lubić?

Mama westchnęła ciężko. – To nie chodzi o lubienie, Zosiu. Chodzi o rodzinę. O to, żebyście się wspierały.

Ale jak wspierać kogoś, kto nie chce nawet spojrzeć ci w oczy?

W tamten weekend tata zaprosił nas wszystkie do siebie na obiad. Magda przygotowała rosół i pieczonego kurczaka, a Julka siedziała naprzeciwko mnie przy stole, bawiąc się widelcem. Próbowałam zagaić rozmowę:

– Słyszałam, że zaczynasz studia na ASP? To musi być ekscytujące.

Julka wzruszyła ramionami. – Może.

– Wiesz już, na jaką specjalizację chcesz pójść?

– Nie wiem.

Cisza zrobiła się gęsta jak śmietana w zupie grzybowej babci. Tata próbował ratować sytuację:

– Zosia też kiedyś myślała o ASP, prawda?

Uśmiechnęłam się blado. – Tak, ale wybrałam psychologię.

Julka spojrzała na mnie z lekkim politowaniem. – Psychologia? To chyba nudne.

Poczułam, jak robi mi się gorąco na twarzy. Chciałam coś odpowiedzieć, ale słowa utknęły mi w gardle. Magda zmieniła temat, a ja przez resztę obiadu milczałam.

Po powrocie do domu długo siedziałam na łóżku, patrząc w sufit. Próbowałam zrozumieć Julkę – może jest zagubiona? Może boi się nowej sytuacji tak samo jak ja? Ale jej bezpośredniość bolała mnie bardziej niż chciałam przyznać.

Kilka dni później mama znów zaczęła temat:

– Zosiu, może zaproś ją gdzieś? Do kina albo na kawę?

– Mamo, ona mnie nie lubi! – wybuchłam. – Nie rozumiesz tego? Każda rozmowa to walka z wiatrakami!

Mama zamilkła na chwilę. – Czasem trzeba dać komuś czas. Ale nie możesz się poddawać.

Nie chciałam się poddawać. Naprawdę próbowałam. Zaprosiłam Julkę na spacer po plaży – odmówiła. Zaproponowałam wspólne gotowanie – powiedziała, że nie ma ochoty. W końcu napisałam do niej wiadomość: „Może chcesz pogadać? Albo po prostu posiedzieć razem?” Odpisała po godzinie: „Nie mam czasu.”

Zaczęłam się zastanawiać, czy problem leży we mnie. Może jestem zbyt nachalna? Może powinnam dać jej spokój? Ale wtedy przypominały mi się słowa mamy: „Rodzina to nie tylko krew. To wybór.”

W pewien piątek wieczorem tata zadzwonił do mnie niespodziewanie.

– Zosiu, Julka miała dziś kiepski dzień na uczelni. Może zadzwonisz do niej? Pogadacie trochę?

Westchnęłam ciężko. – Tato… ona nie chce ze mną rozmawiać.

– Spróbuj jeszcze raz. Dla mnie.

Zadzwoniłam. Odebrała po kilku sygnałach.

– Cześć – powiedziałam niepewnie.

– Cześć.

– Tata mówił, że miałaś trudny dzień…

– Nie musisz udawać, że ci zależy – przerwała mi ostro. – Wiem, że robisz to dla rodziców.

Zatkało mnie na chwilę.

– To nie tak… Po prostu… Chciałabym cię lepiej poznać.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie potrzebuję nowej siostry – powiedziała w końcu cicho Julka i rozłączyła się.

Siedziałam długo z telefonem w ręku, czując narastającą frustrację i smutek. Czy naprawdę robię to tylko dla rodziców? Czy może gdzieś głęboko liczę na to, że uda nam się stworzyć coś prawdziwego?

Następnego dnia spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie spożywczym. Julka stała przy kasie z paczką makaronu i puszką pomidorów. Spojrzała na mnie i przez chwilę wydawało mi się, że chce coś powiedzieć. Ale tylko skinęła głową i wyszła bez słowa.

Wieczorem długo płakałam. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Wszyscy wokół oczekiwali ode mnie dojrzałości i empatii, ale nikt nie pytał, jak ja się czuję w tej nowej rodzinie.

Czasem myślę, że łatwiej byłoby po prostu odpuścić. Przestać próbować i zaakceptować fakt, że nie każda rodzina musi być bliska. Ale potem przypominam sobie te wszystkie letnie wieczory nad morzem z tatą i dziadkami – te chwile ciepła i bezpieczeństwa, które chciałabym kiedyś poczuć znowu.

Może Julka potrzebuje więcej czasu? Może ja też powinnam nauczyć się odpuszczać?

Czy naprawdę można zmusić kogoś do bycia rodziną? A może czasem trzeba pozwolić sobie na bycie obcymi pod jednym dachem? Co wy byście zrobili na moim miejscu?