Między dwoma drzwiami: Kiedy teściowa dzieli rodzinę
— Znowu? — wyszeptałam, patrząc na stół, na którym leżały tylko dwie torby z zakupami. W kuchni pachniało świeżym chlebem i kiełbasą, ale w mojej głowie krążyły tylko myśli o tym, jak bardzo jestem niewidzialna dla mojej teściowej. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, kiedy usłyszałam, jak drzwi wejściowe trzaskają.
— Anka, pomóż mi z tymi torbami! — zawołała teściowa, pani Jadwiga, z tym swoim tonem, który zawsze sprawiał, że czułam się jak służąca, a nie synowa. Wzięłam od niej zakupy i zaczęłam je rozpakowywać. Wtedy zobaczyłam, że w jednej z toreb są tylko podstawowe produkty: mleko, chleb, kilka jajek. W drugiej — kawa, czekolada, drogie kosmetyki i koperta z pieniędzmi.
— To dla Kasi — powiedziała teściowa, nawet nie patrząc mi w oczy. — Ona ma teraz ciężko, musi opłacić kursy dla dzieci, a wy przecież macie wszystko, czego potrzeba.
Zacisnęłam zęby. Kasia, młodsza siostra mojego męża, zawsze była oczkiem w głowie mamy. Nawet po ślubie, kiedy założyła własną rodzinę, Jadwiga nie przestała jej wspierać. Nam, mnie i mojemu mężowi Piotrowi, dawała tylko jedzenie — jakbyśmy byli jakimiś ubogimi krewnymi, którym trzeba rzucić ochłap, żeby nie umarli z głodu. O pieniądzach nie było mowy. Nawet kiedy Piotr stracił pracę i przez kilka miesięcy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, Jadwiga tylko wzruszyła ramionami: — Jesteście młodzi, dacie sobie radę.
Wtedy, tamtego dnia, nie wytrzymałam. — Mamo, a dlaczego Kasi dajesz pieniądze, a nam tylko jedzenie? — zapytałam cicho, ale stanowczo. Teściowa spojrzała na mnie z chłodnym uśmiechem.
— Bo Kasia jest sama z dziećmi, a wy macie siebie. Poza tym, ona zawsze była bardziej odpowiedzialna. Ty, Anka, powinnaś się cieszyć, że w ogóle coś dostajecie.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Piotr wszedł do kuchni w samą porę, żeby usłyszeć ostatnie zdanie. — Mamo, to nie jest w porządku — powiedział, ale Jadwiga tylko machnęła ręką.
— Nie będę się z wami kłócić. Każdy dostaje to, na co zasłużył.
Wieczorem siedzieliśmy z Piotrem w salonie. On był wściekły, ja rozbita. — Nie rozumiem, dlaczego ona tak robi — powiedział. — Przecież zawsze starałem się jej pomagać, nawet kiedy Kasia miała swoje wybryki i mama musiała za nią płacić długi.
— Może po prostu nigdy nie będziemy dla niej wystarczająco dobrzy — szepnęłam. — Może zawsze będziemy tymi gorszymi.
W kolejnych tygodniach sytuacja się powtarzała. Jadwiga przychodziła z zakupami, zostawiała nam jedzenie, a Kasi przekazywała pieniądze. Czułam się coraz bardziej upokorzona. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych, bo nie mogłam już patrzeć na to, jak Kasia z dumą opowiada o nowych kursach dzieci, o wakacjach, na które jadą dzięki „pomocy mamy”. My w tym czasie liczyliśmy każdy grosz, odkładając na rachunki i lekarstwa dla Piotra, który po utracie pracy zaczął mieć problemy zdrowotne.
Najgorsze były święta. Wszyscy siedzieliśmy przy stole, a Jadwiga z uśmiechem wręczała Kasi kolejną kopertę. — To na prezenty dla dzieci — powiedziała głośno, jakby chciała, żeby wszyscy słyszeli. Piotr spojrzał na mnie bezradnie. Widziałam, jak bardzo go to boli, ale nie chciał robić awantury przy całej rodzinie.
Po kolacji podeszłam do Kasi. — Kasia, czy ty nie widzisz, jak to wygląda? — zapytałam. — Przecież my też mamy problemy, a mama pomaga tylko tobie.
Kasia wzruszyła ramionami. — To nie moja wina, że mama mnie bardziej lubi. Może powinnaś się bardziej postarać?
Te słowa bolały jak nóż. Wróciłam do domu i długo płakałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak. Czy naprawdę jestem gorsza? Czy nie zasługuję na wsparcie? Przecież robiłam wszystko, żeby być dobrą żoną, synową, matką. Dbałam o dom, pracowałam, pomagałam, kiedy tylko mogłam. Ale dla Jadwigi to nigdy nie było wystarczające.
W końcu postanowiłam porozmawiać z Piotrem. — Musimy coś z tym zrobić — powiedziałam. — Nie mogę już dłużej żyć w takim upokorzeniu. Albo postawimy granice, albo to nas zniszczy.
Piotr zgodził się. Następnego dnia poszliśmy do Jadwigi. — Mamo, musimy porozmawiać — zaczął Piotr. — To, co robisz, jest niesprawiedliwe. Chcemy, żebyś traktowała nas równo. Jeśli nie możesz nam pomóc finansowo, to przynajmniej nie rób z nas gorszych.
Jadwiga spojrzała na nas z chłodem. — To mój wybór, komu pomagam. Jeśli wam się nie podoba, nie musicie przyjmować mojej pomocy.
Wyszliśmy z jej mieszkania z ciężkimi sercami. Wiedziałam, że ta rozmowa niczego nie zmieniła. Jadwiga była nieugięta. Ale przynajmniej powiedzieliśmy, co czujemy. Przestaliśmy przyjmować od niej jedzenie. Zaczęliśmy radzić sobie sami, choć było ciężko. Piotr znalazł nową pracę, ja wzięłam dodatkowe zlecenia. Było nam trudno, ale przynajmniej odzyskaliśmy godność.
Czasem, kiedy patrzę na Kasię i jej dzieci, czuję żal. Ale wiem, że nie chcę już żyć w cieniu czyjejś łaski. Chcę być wolna, nawet jeśli oznacza to więcej wyrzeczeń. Czy warto było walczyć o szacunek, nawet kosztem relacji rodzinnych? Czy kiedyś Jadwiga zrozumie, jak bardzo nas skrzywdziła? Może nigdy się tego nie dowiem. Ale wiem jedno: każdy zasługuje na sprawiedliwość i szacunek — nawet jeśli musi o nie walczyć samotnie.