Między obowiązkiem a własnym szczęściem: Wyznanie starszej siostry, która zawsze musiała być silna

— Anka, nie wytrzymam już, przysięgam! — głos mojej młodszej siostry Kasi drżał przez telefon. Słyszałam jej płacz, a w tle odgłos tłuczonego talerza. — Mama znowu zaczęła… Wyrzuca mi, że jestem niewdzięczna, że nie pomagam jej tak jak ty. Ja już nie mogę!

Zamknęłam oczy. W mojej głowie od razu pojawił się znajomy obraz: nasza kuchnia w bloku na Pradze, mama z zaciśniętymi ustami, rzucająca oskarżenia jak kamienie. I ja — zawsze ta silna, ta odpowiedzialna, ta „starsza”, która musi wszystko ogarnąć. Nawet teraz, mając trzydzieści pięć lat i własne życie, nie potrafię się od tego uwolnić.

— Kasia, spokojnie. Oddychaj. — Starałam się mówić łagodnie, choć sama czułam w środku narastającą złość. — Gdzie jesteś? Chcesz, żebym przyjechała?

— Nie wiem… Chciałam tylko… Chciałam usłyszeć, że to nie moja wina. Że nie jestem złą córką.

Zacisnęłam dłoń na telefonie. Ile razy sama zadawałam sobie to pytanie? Ile razy słyszałam od mamy, że „ty to przynajmniej rozumiesz, Aniu”, „ty nigdy mnie nie zawiodłaś”? A potem patrzyłam na Kasię — młodszą o pięć lat, zawsze trochę zagubioną, trochę zbuntowaną — i czułam się winna za jej łzy.

— Kasiu, to nie twoja wina — powiedziałam cicho. — Mama… Ona po prostu nie umie inaczej. Ale to nie znaczy, że masz się poświęcać.

Usłyszałam jej szloch. Przez chwilę milczałyśmy obie.

Mój narzeczony Bartek wszedł do pokoju i spojrzał na mnie pytająco. W jego oczach widziałam troskę i… zmęczenie? Ostatnio coraz częściej mówił: „Anka, musisz w końcu pomyśleć o sobie. O nas”. Ale jak miałam to zrobić? Jak miałam zostawić Kasię samą z mamą?

Odkąd tata odszedł do innej kobiety, gdy miałam trzynaście lat, wszystko spadło na mnie. Mama pogrążyła się w żalu i pretensjach do świata. Kasia była wtedy mała, nie rozumiała jeszcze niczego. Ja gotowałam obiady, pilnowałam rachunków, tłumaczyłam mamie listy z urzędu. Byłam jej powierniczką i tarczą.

Z czasem nauczyłam się być niewidzialna — nie sprawiać kłopotów, mieć dobre oceny, nie płakać przy mamie. Zawsze słyszałam: „Ania jest taka mądra, taka odpowiedzialna”. A ja czułam się jakby ktoś zamknął mnie w klatce oczekiwań.

Teraz miałam trzydzieści pięć lat i własne mieszkanie na Ochocie. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum. Bartek coraz częściej mówił o ślubie i dzieciach. Ale ja… ja ciągle byłam tamta Ania z Pragi, która musi ratować wszystkich wokół.

Tego wieczoru pojechałam do mamy. Kasia siedziała skulona na kanapie, oczy miała czerwone od płaczu. Mama krzątała się po kuchni, głośno trzaskała szafkami.

— No proszę! Starsza córka przyjechała ratować sytuację! — rzuciła mama z przekąsem.

Poczułam ukłucie w sercu. — Mamo, proszę cię…

— Co prosisz? Żebyście mnie zostawiły samą? Żebyście zapomniały o matce? — Jej głos był ostry jak brzytwa.

Kasia zerwała się z kanapy. — Mamo! Przestań! My też mamy swoje życie!

Mama spojrzała na nią z pogardą. — Ty? Ty masz życie? Tylko Ania coś osiągnęła! Ty nawet pracy nie możesz utrzymać!

Kasia wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami. Zostałyśmy same.

— Mamo… Dlaczego musisz być taka okrutna? — zapytałam cicho.

Mama usiadła ciężko przy stole i zaczęła płakać. — Boję się zostać sama… Nie umiem inaczej…

Patrzyłam na nią i czułam jednocześnie litość i gniew. Ile jeszcze mam oddać siebie tej rodzinie? Ile jeszcze razy mam rezygnować ze swojego życia?

Wróciłam do domu późno w nocy. Bartek czekał na mnie na kanapie.

— I co? — zapytał tylko.

Pokręciłam głową. — Nic się nie zmieniło.

Objął mnie mocno. — Anka… Ja cię kocham. Ale nie chcę być zawsze na drugim miejscu.

Zacisnęłam powieki. Wiedziałam, że ma rację. Ale jak miałam wybrać między nim a rodziną?

Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z Kasią. Była zamknięta w sobie, obrażona na cały świat.

— Po co ty w ogóle tam jeździsz? — zapytała któregoś dnia przez telefon. — Przecież ona cię niszczy tak samo jak mnie.

— Bo jesteśmy rodziną…

— Rodzina to nie więzienie! — krzyknęła i rozłączyła się.

Te słowa dźwięczały mi w głowie przez wiele dni.

W pracy byłam rozkojarzona. Uczniowie pytali: „Pani Aniu, wszystko w porządku?” Uśmiechałam się sztucznie i mówiłam: „Tak, kochani”. Ale w środku czułam pustkę.

Któregoś wieczoru Bartek postawił sprawę jasno:

— Albo zaczniemy żyć swoim życiem, albo… ja odchodzę.

Patrzyłam na niego z przerażeniem. Wiedziałam, że nie żartuje.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o wszystkim: o dzieciństwie, o Kasi, o mamie… O tym, kim jestem bez nich wszystkich.

Rano zadzwoniłam do mamy.

— Mamo… Muszę ci coś powiedzieć. Muszę zacząć żyć swoim życiem. Pomogę ci znaleźć opiekunkę albo terapię… Ale ja już nie mogę być twoją jedyną podporą.

Mama milczała długo.

— Rozumiem… Chyba muszę się nauczyć być sama — powiedziała w końcu cicho.

Poczułam ulgę i strach jednocześnie.

Dziś piszę tę historię dla wszystkich tych, którzy czują się więźniami cudzych oczekiwań. Czy naprawdę jesteśmy winni temu, że chcemy być szczęśliwi? Czy można kochać rodzinę i jednocześnie wybrać siebie?

Może czasem trzeba pozwolić sobie odejść — żeby móc wrócić naprawdę.