Między ruinami a marzeniami: Mój letni azyl w starej chacie
— Znowu uciekasz, Anka? — głos mamy odbijał się echem w mojej głowie, choć fizycznie byłam już daleko od jej mieszkania na warszawskim Mokotowie. Siedziałam na spróchniałej werandzie starej chaty po dziadkach, gdzie wszystko pachniało kurzem, wilgocią i wspomnieniami. Był początek lipca, a ja, zamiast leżeć w spa, jak myślała mama, walczyłam z pajęczynami i własnymi myślami.
— Anka, nie możesz tak po prostu zniknąć! — krzyczała przez telefon jeszcze dwa dni wcześniej. — Wysłałam ci pieniądze na turnus, masz odpocząć, a nie… — urwała, bo nie chciałam jej powiedzieć, gdzie naprawdę jadę.
Nie miałam odwagi przyznać, że nie stać mnie na żadne spa. Że te pieniądze, które mi przelała, ledwo wystarczą na przeżycie miesiąca, jeśli będę oszczędzać. Że po rozstaniu z Pawłem, po utracie pracy i po kolejnej kłótni z mamą, potrzebowałam czegoś innego niż masaże i zabiegi. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam siebie.
Chata na Mazurach była w opłakanym stanie. Dach przeciekał, podłoga skrzypiała, a w kuchni mieszkały myszy. Ale to było moje miejsce. Miejsce, gdzie jako dziecko biegałam boso po trawie, gdzie dziadek uczył mnie łowić ryby, a babcia piekła najlepszy chleb na świecie. Teraz zostały tylko wspomnienia i sterty gruzu, które trzeba było uprzątnąć.
Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć. Słyszałam każdy szelest, każdy trzask. Bałam się, że ktoś mnie znajdzie, że mama się dowie, że znowu zawiodłam. Ale jeszcze bardziej bałam się siebie. Swoich myśli, które nie dawały mi spokoju.
Rano obudził mnie dźwięk sms-a. „Jak spałaś? Mam nadzieję, że masaż był relaksujący!” — napisała mama. Przez chwilę chciałam odpisać prawdę, ale zamiast tego wysłałam emotkę z uśmiechem. Kłamstwo weszło mi w krew.
Dni mijały powoli. Każdego ranka walczyłam z własnym lenistwem, żeby posprzątać choć kawałek chaty. Zrywałam chwasty, łatałam dziury w dachu, próbowałam naprawić starą kuchenkę. Czasem płakałam z bezsilności, czasem śmiałam się z własnej nieporadności.
Pewnego dnia, gdy próbowałam wyciągnąć z piwnicy stare słoiki, usłyszałam głos sąsiadki, pani Zofii. — Anka? To ty? — zapytała z niedowierzaniem. — Myślałam, że już nigdy tu nie wrócisz.
— Potrzebowałam… odpocząć — odpowiedziałam niepewnie.
— Odpocząć? W tej ruinie? — roześmiała się gorzko. — Twoja mama zawsze mówiła, że jesteś marzycielką. Ale marzenia nie naprawią dachu.
Zabolało. Ale miała rację. Marzenia nie naprawią dachu, nie zapłacą rachunków, nie sprawią, że mama przestanie się martwić. Ale bez nich nie miałabym siły wstać z łóżka.
Wieczorami siadałam na werandzie i pisałam listy do siebie. Pisałam o strachu, o samotności, o tym, jak bardzo brakuje mi taty, który zmarł nagle pięć lat temu. O tym, że nie umiem być dorosła, choć mam już trzydzieści lat. O tym, że boję się przyszłości, boję się biedy, boję się, że nigdy nie będę szczęśliwa.
Któregoś dnia przyjechał Paweł. Stał pod furtką, niepewny, z bukietem polnych kwiatów. — Anka, musimy pogadać — powiedział cicho.
— Nie mam siły na kolejne kłótnie — odpowiedziałam.
— Nie chcę się kłócić. Chcę ci pomóc.
Nie chciałam jego pomocy. Nie chciałam, żeby widział mnie w tym stanie, w tej ruinie, z brudnymi rękami i łzami w oczach. Ale pozwoliłam mu wejść. Przez kilka dni naprawialiśmy razem dach, rozmawialiśmy o przeszłości, o tym, co nas rozdzieliło. O tym, że on chciał stabilizacji, a ja uciekałam przed odpowiedzialnością.
— Anka, dlaczego nie możesz po prostu być szczęśliwa? — zapytał pewnego wieczoru.
— Bo nie wiem, co to znaczy — odpowiedziałam szczerze. — Całe życie próbuję spełniać czyjeś oczekiwania. Mamy, twoje, nawet dziadków. A nigdy nie zapytałam siebie, czego ja chcę.
Paweł wyjechał, zostawiając mi narzędzia i kilka ciepłych słów. Zrozumiałam wtedy, że muszę być sama. Że tylko w samotności mogę odnaleźć siebie.
Pod koniec sierpnia chata wyglądała trochę lepiej. Dach już nie przeciekał, w kuchni pachniało świeżym chlebem, który upiekłam według przepisu babci. Czułam się silniejsza, choć wciąż bałam się przyszłości.
Mama dzwoniła codziennie. — Anka, wracaj już, martwię się o ciebie. — Słyszałam w jej głosie niepokój, ale też dumę. Może pierwszy raz w życiu zrozumiała, że muszę iść własną drogą.
Ostatniego dnia lata siedziałam na werandzie, patrzyłam na zachód słońca i myślałam o tym, co przede mną. Czy jestem gotowa wrócić do miasta, do pracy, do codzienności? Czy potrafię być wolna, nawet jeśli świat tego nie rozumie?
Czym tak naprawdę jest wolność? Czy to samotność w starej chacie, czy odwaga, by być sobą wśród ludzi? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi, ale wiem jedno — ten letni czas wśród ruin i marzeń był moim pierwszym krokiem ku prawdziwej wolności. A wy? Czym dla was jest wolność? Czy mieliście kiedyś odwagę zostawić wszystko i zacząć od nowa?