Między sukcesem a samotnością: Historia Magdy, która wybrała siebie

– Magda, ile jeszcze będziesz się tak szwendać po świecie? – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Siedziałam przy stole, dłubiąc widelcem w zimnej już jajecznicy. Ojciec nawet nie podniósł wzroku znad gazety, ale wiedziałam, że słucha. – Masz trzydzieści lat. Kiedy w końcu przyprowadzisz kogoś do domu?

Zacisnęłam zęby. W głowie kłębiły się odpowiedzi, których nigdy nie wypowiem na głos. „Może wtedy, kiedy przestaniesz mnie rozliczać z każdego dnia mojego życia? Może wtedy, kiedy przestanę się bać, że nigdy nie będę wystarczająco dobra?” Ale powiedziałam tylko:

– Mamo, przecież wiesz, że teraz mam dużo pracy. Awansowałam. – Starałam się, by mój głos brzmiał pewnie.

Mama westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z wyrzutem. – Praca, praca… A życie ci ucieka między palcami. Zobacz na Kasię! Dziecko już ma, mąż porządny, dom budują…

Kasia była moją kuzynką. Zawsze stawianą za wzór. Uśmiechnięta na zdjęciach z chrztu swojego synka, z mężem w garniturze i domem w tle. Ja miałam dwa dyplomy, stanowisko kierownicze w dużej firmie i mieszkanie na kredyt w Warszawie. I pustkę, której nie potrafiłam nikomu opisać.

Wyszłam z kuchni zanim łzy zdążyły napłynąć mi do oczu. W łazience oparłam się o zimne kafelki i spojrzałam na swoje odbicie. „Czy naprawdę coś ze mną jest nie tak?” – pytałam siebie po raz setny. Przecież powinnam być szczęśliwa. Przecież tyle osiągnęłam.

Ale każda wizyta w domu rodzinnym kończyła się tak samo: pytaniami o ślub, dzieci, o to, kiedy wreszcie zacznę żyć „normalnie”. Nikt nie pytał, czy jestem szczęśliwa. Nikt nie widział moich zmagań – samotnych wieczorów po pracy, kiedy wracałam do pustego mieszkania i zasypiałam ze ściśniętym sercem.

W pracy byłam Magdą od zadań niemożliwych. Szefowa mówiła: „Na Magdę zawsze można liczyć”. Koledzy podziwiali moją determinację. Ale nikt nie wiedział, jak bardzo boję się wracać do domu na święta.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Kasia.

– Cześć Magda! Słuchaj, organizujemy chrzciny Maćka. Będziesz chrzestną! – jej głos był pełen radości.

Zamarłam. Chciałam się cieszyć razem z nią, ale poczułam ukłucie zazdrości i smutku.

– Jasne, Kasiu… To dla mnie zaszczyt – odpowiedziałam cicho.

– Wiesz… mama mówiła, że ty to już chyba nigdy nie będziesz miała dzieci – rzuciła nagle, śmiejąc się nerwowo.

Zatkało mnie. Czy naprawdę wszyscy wokół widzieli mnie tylko przez pryzmat tego, czego NIE mam?

Wieczorem zadzwonił tata.

– Magda… Twoja mama się martwi. Wiesz, my byśmy chcieli jeszcze doczekać wnuków od ciebie…

– Tato… Ja nie wiem, czy chcę mieć dzieci – wyrwało mi się nagle.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– To nie jest normalne – powiedział w końcu cicho i odłożył słuchawkę.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując swoje życie. Czy naprawdę jestem egoistką? Czy wybierając siebie, zawodzę wszystkich wokół?

W pracy czekał na mnie kolejny projekt do poprowadzenia. Zespół liczył na mnie. Czułam satysfakcję – tu nikt nie pytał o mój stan cywilny ani plany macierzyńskie. Tu liczyły się wyniki.

Ale nawet tu czasem docierały do mnie komentarze:

– Magda, ty to chyba nigdy nie wyjdziesz za mąż! – żartował Michał z działu IT.

Uśmiechałam się krzywo i wracałam do Excela.

W weekendy spotykałam się z Anią – jedyną przyjaciółką, która rozumiała moje rozterki.

– Wiesz co? – powiedziała pewnego razu przy winie – Moja matka też mi ciągle powtarza: „Zegar tyka!” A ja mam ochotę jej odpowiedzieć: „A co jeśli ja nie chcę słuchać tego zegara?”

Śmiałyśmy się przez łzy.

Czasem próbowałam randkować. Ale każdy facet po kilku spotkaniach pytał: „A ty to czego właściwie szukasz?” Nie umiałam odpowiedzieć. Chciałam bliskości, ale bałam się utraty wolności. Chciałam być kochana, ale nie za cenę rezygnacji z siebie.

Pewnego dnia mama zadzwoniła zapłakana:

– Magda… Tata miał zawał…

Rzuciłam wszystko i pojechałam do rodzinnego miasta. W szpitalu zobaczyłam ojca – zawsze silnego i stanowczego – teraz słabego i bezradnego.

– Przepraszam cię… – wyszeptał, gdy zostaliśmy sami – Może za bardzo cię naciskałem… Chciałem tylko twojego szczęścia…

Poczułam łzy na policzkach.

– Tato… Ja też chcę być szczęśliwa. Ale może moje szczęście wygląda inaczej niż twoje?

Przez chwilę patrzył na mnie uważnie.

– Może masz rację…

Po powrocie do Warszawy długo myślałam o tej rozmowie. Czy naprawdę muszę wybierać? Czy można mieć wszystko?

Minęły miesiące. Tata wrócił do zdrowia. Mama przestała dzwonić codziennie z pytaniami o ślub. Ja zaczęłam powoli godzić się ze sobą.

Czasem jeszcze dopada mnie smutek – gdy widzę zdjęcia dzieci Kasi na Facebooku albo gdy wracam do pustego mieszkania po ciężkim dniu pracy. Ale coraz częściej czuję dumę z tego, kim jestem i co osiągnęłam.

Czy żałuję swoich wyborów? Czasem tak. Ale wiem jedno: nikt inny nie przeżyje za mnie mojego życia.

Patrzę dziś w lustro i pytam siebie: czy naprawdę musimy spełniać cudze oczekiwania kosztem własnych marzeń? A wy – co byście wybrali na moim miejscu?