Miłość, zdrada i samotność w cieniu toruńskich kamienic
Drzwi trzasnęły z hukiem, aż porcelanowa filiżanka na moim stole zadrżała. Spojrzałam przez okno na klatkę schodową – Adam znowu wracał późno, a jego kroki odbijały się echem po starych schodach naszej kamienicy przy Starym Rynku. Była już prawie północ, a ja nie mogłam zasnąć. Od tygodni czułam w powietrzu napięcie, które narastało z każdym dniem. Adam, mój sąsiad z naprzeciwka, od dwóch lat żył sam – jego żona Zofia wyjechała do pracy do Niemiec, żeby utrzymać rodzinę. Zostawiła go z dwójką dzieci i domem pełnym wspomnień.
Pamiętam dzień, kiedy Zofia wyjeżdżała. Stała na schodach z walizką, a łzy spływały jej po policzkach. Adam wtedy tylko przytulił ją na chwilę i powiedział: „Dasz radę, Zośka. Ja tu ogarnę wszystko.” Ale już wtedy widziałam w jego oczach niepokój i coś jeszcze – ulgę? Może to tylko moje domysły, ale od tamtej pory Adam coraz częściej znikał wieczorami, a dzieci zostawały pod opieką babci.
Pewnego wieczoru usłyszałam cichy śmiech na klatce schodowej. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Adama z młodą dziewczyną – miała może dwadzieścia lat, długie rude włosy i spojrzenie pełne buntu. „To jest Martyna,” przedstawił ją krótko, jakby nie chciał wdawać się w szczegóły. Dziewczyna spojrzała na mnie z wyższością i weszła do mieszkania Adama. Od tego dnia zaczęły się plotki.
Sąsiedzi szeptali na klatce schodowej:
– Widziałeś? Adam znowu sprowadził jakąś pannę.
– A dzieci? Kto się nimi zajmuje?
– Zofia haruje za granicą, a on…
Czułam się rozdarta. Z jednej strony współczułam Zofii – znałam ją od lat, była dobrą kobietą, zawsze pomocną i serdeczną. Z drugiej strony widziałam, jak Adam gaśnie bez niej. Wieczorami siedział na ławce pod kamienicą, patrzył w dal i palił papierosa za papierosem. Martyna była dla niego jak powiew świeżości – młoda, beztroska, nieobciążona codziennymi problemami.
Pewnej nocy usłyszałam kłótnię. Krzyki dochodziły zza ściany:
– Adam, obiecałeś mi coś więcej! – Martyna płakała.
– Nie teraz! Nie rozumiesz? Mam dzieci, mam żonę…
– Ale jej tu nie ma! – wrzasnęła Martyna.
Następnego dnia spotkałam Adama na klatce schodowej. Wyglądał na zmęczonego i przybitego.
– Elżbieta… – zaczął niepewnie. – Ty znasz Zofię lepiej niż ja czasem… Myślisz, że ona mi wybaczy?
Zaniemówiłam. Co mogłam mu powiedzieć? Że zdrada boli najbardziej tych, którzy najmniej na nią zasłużyli? Że dzieci czują więcej niż dorośli chcieliby przyznać?
Kilka dni później do Torunia wróciła Zofia. Przyjechała bez zapowiedzi – chciała zrobić niespodziankę dzieciom. Weszła do mieszkania i zastała Martynę w jej własnej kuchni, parzącą kawę w jej ulubionym kubku z napisem „Najlepsza Mama”.
– Kim ty jesteś? – zapytała cicho Zofia.
Martyna spojrzała na nią bezczelnie:
– Jestem Martyna. Adam mnie zaprosił.
Wtedy do kuchni wszedł Adam. Na widok żony zbladł.
– Zośka… To nie tak…
Zofia spojrzała mu prosto w oczy:
– To dokładnie tak, Adamie.
Wybiegła z mieszkania, a ja pobiegłam za nią. Na schodach złapałam ją za rękę.
– Zosiu…
– Elżbieta, ja wszystko rozumiem… Ale dlaczego on? Dlaczego ja?
Przez kolejne dni w kamienicy panowała cisza. Adam zamknął się w sobie, Martyna zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Dzieci chodziły smutne i wycofane. Zofia spała u mnie na kanapie, płakała nocami i powtarzała: „Nie wrócę tam już nigdy.”
Jednak życie toczyło się dalej. Po tygodniu Adam przyszedł do mnie wieczorem.
– Elżbieta… Pomóż mi. Chcę odzyskać rodzinę.
Spojrzałam na niego z goryczą:
– Może trzeba było o tym pomyśleć wcześniej?
Ale widziałam w jego oczach szczerość i rozpacz. Postanowiłam pomóc im porozmawiać. Zorganizowałam spotkanie w moim mieszkaniu – przy herbacie i cieście drożdżowym, które zawsze piekłam na trudne rozmowy.
Adam mówił długo:
– Zośka… Przepraszam. Byłem słaby. Samotność mnie przerosła… Martyna była tylko ucieczką przed tym wszystkim… Ale to ty jesteś moją rodziną.
Zofia milczała długo, a potem powiedziała cicho:
– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć. Ale dzieci cię potrzebują…
Przez kolejne tygodnie próbowałam im pomóc odbudować zaufanie. To nie było łatwe – sąsiedzi patrzyli krzywo, plotki nie cichły. Dzieci potrzebowały czasu, żeby znów zaufać ojcu. Zofia wróciła do pracy w Niemczech, ale tym razem Adam został sam naprawdę – bez Martyny, bez wsparcia żony.
Często widuję go wieczorami pod kamienicą – siedzi sam na ławce i patrzy na Stary Rynek pogrążony w ciszy. Czasem przysiada się do mnie i pyta:
– Elżbieta… Czy można naprawić to, co się zepsuło?
A ja sama nie wiem… Czy zdrada zawsze musi oznaczać koniec wszystkiego? Czy można nauczyć się żyć ze świadomością błędów? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak poradziliście sobie z samotnością i zdradą?