Moja Synowa Nie Umie Gotować: Serce Matki Między Nadzieją a Rozpaczą

– Znowu schabowe? – usłyszałam głos syna zza ściany. W jego tonie było coś, co ścisnęło mi serce. – Mamo, wiesz, że Ania nie je mięsa od miesięcy.

Zatrzymałam się w pół kroku, z patelnią w dłoni. Tłuszcz syknął, a ja poczułam, jak narasta we mnie irytacja. „Nie je mięsa? Od kiedy? Przecież jeszcze niedawno zajadała się moją pieczenią!” – pomyślałam z goryczą. Oparłam się o blat i spojrzałam na swoje odbicie w kuchennym oknie. Zmarszczki na czole wydawały się dziś głębsze niż zwykle.

Ania weszła do kuchni cicho, jakby chciała się ukryć. Miała na sobie sweter w kolorze śliwki i te swoje wiecznie poplamione legginsy. – Pani Zosiu, mogę pomóc? – zapytała nieśmiało.

– Nie trzeba – odpowiedziałam chłodno. – I tak już wszystko gotowe.

Wiedziałam, że powinnam być milsza. Przecież to żona mojego jedynego syna, Marcina. Ale nie mogłam się powstrzymać. Od kiedy zamieszkali razem, wszystko się zmieniło. Marcin coraz rzadziej dzwonił, a kiedy przychodzili na niedzielny obiad, Ania zawsze miała jakieś „ale”. A to za tłusto, a to za słono, a to ona nie je tego czy tamtego.

Kiedyś rodzina była dla mnie wszystkim. Po śmierci męża to Marcin był moim światem. Wychowywałam go sama, pracując po nocach jako pielęgniarka w szpitalu na Banacha. Każda chwila razem była dla mnie świętem. A teraz? Teraz czułam się jak piąte koło u wozu.

– Mamo, Ania zrobiła dzisiaj sałatkę z kaszą jaglaną – powiedział Marcin, próbując rozładować atmosferę.

– To bardzo miło – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Ale u mnie w domu jemy normalne obiady.

Ania spuściła wzrok. Przez chwilę zapadła cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara i szum czajnika. W końcu Marcin westchnął:

– Mamo, może spróbujesz czegoś nowego? Ania naprawdę się stara.

Poczułam ukłucie winy, ale zaraz potem przyszła fala złości. „To ja całe życie gotowałam dla was obiady, a teraz mam się uczyć od niej?” – myślałam z goryczą.

Po obiedzie usiadłam sama w salonie. Słyszałam ich śmiech z kuchni. Rozmawiali o jakimś nowym serialu na Netfliksie, którego nawet nie znałam. Czułam się jak intruz we własnym domu.

Wieczorem zadzwoniła do mnie Basia, moja przyjaciółka z pracy.

– I jak tam twoja synowa? – zapytała z przekąsem.

– Jak zwykle – westchnęłam. – Nic jej nie pasuje. Nawet schabowych nie umie zrobić.

Basia zaśmiała się krótko:

– Może czas odpuścić? Oni mają swoje życie.

Zamilkłam. Wiedziałam, że ma rację, ale serce matki nie zna logiki.

Kilka dni później Marcin zadzwonił wieczorem.

– Mamo, możemy pogadać?

– Oczywiście, synku – odpowiedziałam od razu, czując ciepło w sercu.

Przyszedł sam. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

– Mamo… Ania czuje się u ciebie nieswojo. Mówi, że ją oceniasz i krytykujesz na każdym kroku.

Zacisnęłam dłonie na filiżance herbaty.

– Ja tylko chcę dla was dobrze…

– Wiem, ale czasem to za dużo. Chcemy mieć trochę swobody. Może… może powinnaś trochę odpuścić?

Te słowa zabolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez chwilę miałam ochotę wybuchnąć płaczem, ale powstrzymałam się.

– Czyli już wam nie jestem potrzebna? – wyszeptałam.

Marcin spojrzał na mnie smutno:

– Mamo, zawsze będziesz dla mnie ważna. Ale musisz zaakceptować Anię taką, jaka jest.

Kiedy wyszedł, długo siedziałam w ciemności. Wspominałam czasy, gdy Marcin był mały i biegał po podwórku z rozbitymi kolanami. Zawsze przychodził do mnie po pocieszenie. Teraz miał własną rodzinę i własne zasady.

Następnego dnia postanowiłam zrobić coś szalonego – zadzwoniłam do Ani i zaprosiłam ją na wspólne gotowanie.

– Naprawdę? – zapytała zdziwiona.

– Tak… Chciałabym nauczyć się twojej sałatki z kaszą jaglaną – powiedziałam z trudem.

Przyszła punktualnie. Przyniosła ze sobą woreczek kaszy i mnóstwo warzyw. Gotowałyśmy razem w milczeniu przez dłuższą chwilę.

– Pani Zosiu… Ja wiem, że nie jestem idealną synową – powiedziała nagle Ania. – Ale bardzo kocham Marcina i chciałabym, żebyśmy się lepiej dogadywały.

Spojrzałam na nią uważnie po raz pierwszy od dawna. Była młoda, zagubiona i chyba naprawdę się starała.

– Ja też nie jestem idealną teściową – przyznałam cicho.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie niepewnie. To był pierwszy krok ku zmianie.

Od tamtej pory próbuję patrzeć na Anię inaczej. Czasem jeszcze łapię się na tym, że krytykuję jej wybory albo porównuję ją do siebie sprzed lat. Ale coraz częściej widzę w niej partnerkę dla mojego syna i kobietę z własnymi marzeniami.

Czasem jednak samotność wraca ze zdwojoną siłą. Wieczorami siedzę sama w kuchni i zastanawiam się: czy naprawdę mam prawo tak ingerować w ich życie? Czy miłość matki powinna mieć granice?

A wy… co o tym myślicie? Czy łatwo jest zaakceptować nowe osoby w rodzinie? Jak znaleźć równowagę między troską a wolnością bliskich?