Nieproszony gość: Kiedy granice zostają przekroczone

– Znowu? – wyszeptałam pod nosem, patrząc przez wizjer na znajomą sylwetkę pani Ewy, stojącej przed moimi drzwiami. Była środa, godzina dziewiętnasta, a ja właśnie próbowałam położyć Kubę spać. Mój syn, siedmioletni chłopiec o nieposkromionej wyobraźni, od kilku miesięcy przyjaźnił się z jej synem, Bartkiem. Chłopcy byli nierozłączni, a ja cieszyłam się, że Kuba znalazł bratnią duszę. Ale z każdą kolejną wizytą Ewy czułam coraz większy niepokój.

– Dobry wieczór, Aniu – zaczęła, ledwo otworzyłam drzwi. – Przepraszam, że tak późno, ale czy mogłabyś pożyczyć mi trochę mleka? Bartkowi zachciało się kakao, a ja zupełnie zapomniałam kupić.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, choć w środku czułam irytację. To już trzeci raz w tym tygodniu. Raz cukier, raz jajka, teraz mleko. Zawsze coś. Oczywiście pożyczyłam jej to mleko, bo przecież „co to za problem”, ale w głowie zaczęły kiełkować pytania: czy to naprawdę przypadek? Czy może Ewa traktuje mnie jak wygodną opcję na każdą okazję?

Z czasem te drobne przysługi zaczęły się mnożyć. Najpierw prosiła o odebranie Bartka ze szkoły, bo „miała pilne spotkanie w pracy”. Potem o przypilnowanie go przez godzinę, bo „musi coś załatwić”. Zawsze z uśmiechem i wdzięcznością, ale coraz częściej czułam się jak opiekunka do dzieci na telefon.

Pewnego dnia Kuba wrócił do domu smutny. – Mamo, Bartek powiedział, że jego mama nie lubi cię za bardzo. Że mówisz mu, co ma robić.

Zatkało mnie. Przecież nigdy nie podnosiłam głosu na Bartka. Starałam się być sprawiedliwa i traktować obu chłopców równo. Ale ta uwaga bolała. Czy Ewa rozmawiała o mnie źle przy swoim synu? Czy naprawdę byłam dla niej tylko niewygodnym dodatkiem do tej dziecięcej przyjaźni?

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie przewijały mi się sceny z ostatnich miesięcy: Ewa w mojej kuchni, przeglądająca szafki bez pytania; Bartek wyciągający zabawki Kuby bez pozwolenia; rozmowy pełne niedopowiedzeń i sztucznych uśmiechów. Czułam się coraz bardziej osaczona we własnym domu.

W końcu postanowiłam porozmawiać z mężem. – Tomek, czy tylko ja mam wrażenie, że Ewa przekracza nasze granice? – zapytałam pewnego wieczoru.

Spojrzał na mnie uważnie. – Też to zauważyłem. Ale może przesadzasz? Może po prostu jest samotna i potrzebuje pomocy?

Westchnęłam ciężko. Może rzeczywiście przesadzam? Ale przecież każdy ma prawo do swojej prywatności.

Następnego dnia Ewa zadzwoniła do drzwi o ósmej rano. – Aniu, mogłabyś dziś zabrać Bartka do szkoły razem z Kubą? Spóźnię się do pracy.

Tego dnia nie wytrzymałam.

– Ewo, rozumiem twoje sytuacje, ale ostatnio bardzo często prosisz mnie o pomoc. Mam też swoje obowiązki i czasem trudno mi wszystko pogodzić.

Zobaczyłam cień irytacji na jej twarzy.

– Myślałam, że możemy sobie pomagać – odpowiedziała chłodno. – Ale jeśli ci to przeszkadza…

Zamknęła drzwi szybciej niż zwykle. Przez resztę dnia czułam się winna i spięta. Kuba wrócił ze szkoły zamyślony.

– Mamo, Bartek powiedział, że już nie może się ze mną bawić po szkole.

Serce mi ścisnęło. Czy naprawdę doszło do tego, że dzieci muszą cierpieć przez dorosłe konflikty?

Wieczorem usiadłam przy oknie i patrzyłam na trzepoczące firanki w oknach sąsiadów. Każdy miał swoje życie, swoje problemy i swoje granice. Zastanawiałam się: czy powinnam była być bardziej stanowcza od początku? Czy może powinnam była po prostu odpuścić?

Kilka dni później spotkałam Ewę na klatce schodowej. Przeszła obok mnie bez słowa, nawet nie spojrzała w moją stronę. Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, bo w końcu odzyskałam spokój we własnym domu; smutek, bo wiedziałam, że Kuba stracił przyjaciela przez coś, co mogło być rozwiązane inaczej.

Wieczorem usiadłam z Kubą na łóżku.

– Wiesz synku – powiedziałam cicho – czasem dorośli mają trudności z dogadaniem się. Ale to nie twoja wina.

Przytulił mnie mocno.

Teraz często zastanawiam się: gdzie leży granica między pomocą a wykorzystywaniem? Czy można być dobrym sąsiadem i jednocześnie dbać o własny komfort? Może każdy z nas powinien czasem powiedzieć „nie”, zanim będzie za późno…