Po śmierci ojca zaczęła się wojna o spadek. Rodzina, którą znałam, przestała istnieć.

Nie tak wyobrażałam sobie pożegnanie z ojcem. Dom pełen ciszy, w kątach jeszcze unosił się jego zapach – starej wody po goleniu, tytoniu, świeżego chleba, który zawsze sam kroił w sobotni poranek. Stół nakryty białym obrusem, jego ulubiony fotel przy oknie, kubek z nadkruszonym uchem. Nawet kot nie miał odwagi wskoczyć na kanapę, jakby i on czuł, że coś się skończyło.

– To niesprawiedliwe! – krzyknął mój brat Michał, trzaskając drzwiami od kuchni. – Całe życie ty byłaś tatusia córeczką, a teraz chcesz wszystko dla siebie!

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Jeszcze wczoraj płakaliśmy razem nad trumną ojca. Dziś już nie było łez – tylko gniew i pretensje. Mama siedziała przy stole, blada jak ściana, ściskając w dłoniach różaniec. Moja siostra Anka patrzyła w okno, udając, że jej to nie dotyczy.

– Michał, przestań – powiedziałam cicho. – Przecież jeszcze nie wiemy, co jest w testamencie.

– Wiem jedno: nie pozwolę ci przejąć domu! – wycedził przez zęby.

Wtedy zrozumiałam, że żałoba nie będzie miała miejsca. Zamiast niej pojawiła się wojna o spadek. O dom, w którym dorastaliśmy, o działkę za miastem, o starego poloneza stojącego w garażu. O wszystko, co zostało po ojcu – a może raczej o to, czego nigdy sobie nie powiedzieliśmy.

Pamiętam, jak tata zawsze powtarzał: „Rodzina jest najważniejsza”. Wtedy nie rozumiałam, jak bardzo te słowa mogą boleć, gdy rodzina zaczyna się rozpadać.

– A ty co myślisz? – zwróciła się do mnie Anka, nagle podnosząc głos. – Zawsze byłaś tą rozsądną. Może teraz też coś wymyślisz?

– Chciałabym tylko spokoju – odpowiedziałam szczerze. – Nie chcę się kłócić.

– Spokój? – prychnął Michał. – Łatwo ci mówić, kiedy wszystko masz pod nosem!

Mama zaczęła płakać. Jej ciche łkanie rozchodziło się po pustym domu jak echo dawnych świąt i rodzinnych obiadów. Próbowałam ją objąć, ale odsunęła się ode mnie.

– Nie chcę was słuchać – wyszeptała. – Wasz tata by tego nie chciał…

Ale już było za późno. Słowa padły i nie dało się ich cofnąć.

Następne dni były jak koszmar na jawie. Każdy telefon od notariusza wywoływał nową falę napięcia. Michał przestał odbierać moje telefony, Anka zaczęła rozsyłać maile z wyliczeniami: kto ile dostał od rodziców przez lata, kto ile dołożył do remontu dachu, kto opiekował się tatą w chorobie.

Wszystko stało się liczbami i paragrafami. Nawet wspomnienia zaczęły być kartą przetargową.

Pewnego wieczoru znalazłam w szufladzie stare zdjęcie: my troje na sankach, tata z szerokim uśmiechem pcha nas z górki pod lasem. Przez chwilę poczułam ulgę – jakby czas cofnął się o dwadzieścia lat. Ale zaraz potem przyszła złość: dlaczego teraz nie potrafimy być razem?

Przyszedł dzień odczytania testamentu. Siedzieliśmy w kancelarii notarialnej jak obcy ludzie. Michał nerwowo stukał palcami w blat stołu, Anka miała zaczerwienione oczy od płaczu albo bezsenności.

Notariusz czytał powoli:

„Dom rodzinny przekazuję mojej żonie dożywotnio. Po jej śmierci dom ma zostać sprzedany, a pieniądze podzielone równo między dzieci…”

Michał zacisnął pięści.

„Działkę za miastem przekazuję córce Annie…”

Anka spojrzała na mnie z triumfem.

„Samochód przekazuję synowi Michałowi…”

A ja? Dla mnie były tylko pamiątki: zegarek po dziadku i stary album ze zdjęciami.

Poczułam ukłucie żalu. Czy tata naprawdę uważał, że to wystarczy? Czy może wiedział, że dla mnie najważniejsze są wspomnienia?

Po powrocie do domu Michał rzucił mi w twarz:

– Wiedziałaś o tym wszystkim! Pewnie namówiłaś ojca!

– Przestań! – krzyknęłam pierwszy raz od lat. – Nic nie wiedziałam! Chciałam tylko…

– Co? Być lepsza od nas?

Anka milczała. Mama zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła przez dwa dni.

Zaczęliśmy dzielić dom na kawałki: kto zabierze kredens po babci, kto weźmie porcelanę z witryny, kto dostanie obraz z salonu. Każda rzecz była powodem do kłótni.

Pewnej nocy usiadłam sama przy stole i zaczęłam pisać list do taty:

„Tato,
Nie tak miało być. Miało być cicho i spokojnie, miało być razem. Miało być miejsce na łzy i wspomnienia. Zamiast tego jest wojna o rzeczy, których nawet nie chcemy naprawdę mieć…”

Nie wysłałam tego listu nigdzie – położyłam go na półce obok albumu ze zdjęciami.

Minęły tygodnie. Rodzina rozpadła się na kawałki jak stary talerz rzucony o podłogę. Każdy poszedł w swoją stronę: Michał wyjechał do Warszawy, Anka przestała dzwonić nawet do mamy.

A ja zostałam sama w pustym domu pełnym wspomnień i żalu.

Czasem zastanawiam się: czy można jeszcze poskładać to wszystko na nowo? Czy rodzina to tylko wspólne nazwisko i adres zameldowania? Czy może coś więcej?

Może kiedyś znajdziemy drogę powrotną do siebie…

A wy? Czy mieliście kiedyś poczucie, że rodzina rozpada się przez rzeczy materialne? Czy można jeszcze odbudować to, co zostało zniszczone przez słowa i żal?