Pożyczka od teścia: decyzja, która rozdarła moją rodzinę

– Naprawdę nie widzisz innego wyjścia? – zapytała mnie Ania, patrząc na mnie z niepokojem. Jej dłonie drżały, kiedy ściskała kubek z herbatą.

– Nie, Aniu. Próbowałem już wszystkiego. Bank odmówił, znajomi też nie mają takich pieniędzy. Tylko twój tata może nam pomóc – odpowiedziałem cicho, czując jak w gardle rośnie mi gula.

Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł. Mój teść, pan Marian, był człowiekiem zasad. Zawsze powtarzał, że „rodzina rodziną, ale pieniądze to poważna sprawa”. Ale kiedy nasza firma upadła przez pandemię, a kredyt hipoteczny wisiał nad nami jak miecz Damoklesa, nie miałem wyboru.

Ania milczała przez chwilę, wpatrując się w parę unoszącą się znad herbaty. W końcu westchnęła:

– Dobrze. Porozmawiam z tatą. Ale wiesz, jaki on jest…

Wiedziałem. I właśnie tego się bałem.

Następnego dnia siedzieliśmy w salonie teściów. Pan Marian mierzył mnie wzrokiem znad okularów. Jego żona, pani Teresa, krzątała się nerwowo przy stole.

– Ile potrzebujesz? – zapytał bez ogródek.

– Dwadzieścia tysięcy – odpowiedziałem, czując jak pot spływa mi po plecach.

– I kiedy oddasz?

– Za rok. Może szybciej, jeśli znajdę nową pracę.

Pan Marian przez chwilę milczał, po czym skinął głową.

– Dobrze. Ale chcę wszystko na piśmie. Umowa, odsetki jak w banku. Nie chcę potem słyszeć, że coś było niejasne.

Poczułem ukłucie wstydu. Ale zgodziłem się bez słowa sprzeciwu.

Przez pierwsze tygodnie czułem ulgę. Spłaciliśmy zaległości, odetchnęliśmy z Anią. Ale coś się zmieniło. Pan Marian zaczął dzwonić częściej niż zwykle. Pytał o pracę, o wydatki, o to, czy na pewno nie wydajemy za dużo na „głupoty”.

– Tata pytał dziś, czy naprawdę musimy jechać na weekend do Kazimierza – powiedziała Ania pewnego wieczoru.

– To nasze pieniądze! – wybuchłem. – Pożyczył nam je, ale nie ma prawa decydować o naszym życiu!

Ania spuściła wzrok.

– On się tylko martwi…

Ale ja wiedziałem swoje. Każda rozmowa z teściem była coraz bardziej niezręczna. Widziałem w jego oczach cień pogardy. Jakby patrzył na mnie jak na nieudacznika.

Zaczęliśmy się z Anią kłócić coraz częściej. O drobiazgi: rachunki, zakupy, nawet o to, kto wyrzuci śmieci.

– Gdybyś był bardziej zaradny, nie musielibyśmy prosić mojego ojca o pomoc! – krzyknęła pewnego wieczoru.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.

Pewnego dnia zadzwonił pan Marian.

– Chciałbym porozmawiać – powiedział chłodno.

Spotkaliśmy się w jego gabinecie. Na biurku leżała umowa pożyczki.

– Wiesz, Paweł… – zaczął powoli – …ja rozumiem, że życie bywa trudne. Ale od kiedy ci pożyczyłem, mam wrażenie, że przestałeś być moim zięciem. Stałeś się… dłużnikiem.

Zamurowało mnie.

– Nie chciałem tego… – wyjąkałem.

– Ja też nie – przerwał mi ostro. – Ale tak już jest. Pieniądze zmieniają ludzi. I relacje.

Wyszedłem stamtąd z poczuciem klęski.

Od tego czasu nasze kontakty były coraz chłodniejsze. Na rodzinnych obiadach panowała napięta atmosfera. Pani Teresa próbowała rozładować sytuację żartami, ale wszyscy wiedzieliśmy, że coś pękło.

Najgorzej było w święta Bożego Narodzenia. Siedzieliśmy przy stole, udając radość. Pan Marian rzucał kąśliwe uwagi o „oszczędzaniu” i „planowaniu wydatków”. Ania była bliska płaczu.

Po kolacji podszedłem do niej w kuchni.

– Przepraszam – wyszeptałem. – To wszystko moja wina.

– Nie mów tak – odpowiedziała cicho. – Po prostu… chciałabym cofnąć czas.

Mijały miesiące. Spłacałem raty jak mogłem, ale praca była niestabilna. Każda rozmowa z teściem była jak egzamin z życia.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie siostra Ani, Kasia.

– Paweł… tata mówił dziś przy obiedzie, że „niektórzy” powinni nauczyć się odpowiedzialności. Wszyscy wiedzieliśmy, o kogo chodzi…

Poczułem się upokorzony jak nigdy dotąd.

Z czasem zaczęliśmy unikać spotkań rodzinnych. Ania zamknęła się w sobie. Nasze małżeństwo wisiało na włosku.

W końcu udało mi się znaleźć lepszą pracę i spłacić dług przed terminem. Poszedłem do pana Mariana z ostatnią ratą.

– Dziękuję za pomoc – powiedziałem sztywno.

Skinął głową bez słowa i schował pieniądze do szuflady.

Wyszedłem stamtąd z poczuciem ulgi… i pustki.

Minęły dwa lata od tamtej rozmowy. Nasze relacje z teściami nigdy już nie wróciły do normy. Z Anią odbudowaliśmy nasze małżeństwo, ale rana pozostała.

Często wracam myślami do tamtej decyzji i pytam siebie: czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy pieniądze zawsze muszą niszczyć to, co najważniejsze?

A wy? Czy kiedykolwiek musieliście wybierać między dumą a bezpieczeństwem rodziny? Czy można odbudować zaufanie po takim doświadczeniu?