Ultimatum teściowej: Jak jeden wieczór zmienił moje życie
– Znowu nie posoliłaś ziemniaków, Aniu. U nas w domu zawsze się soli – głos teściowej przeszył ciszę jak nóż. Stałam przy kuchence, z łyżką w ręku, i poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. To był trzeci raz w tym tygodniu, kiedy słyszałam podobną uwagę. Spojrzałam na męża, Marcina, ale on tylko spuścił wzrok i udawał, że nie słyszy.
Od pierwszego dnia po ślubie czułam się w tym domu jak gość. Wprowadziłam się do Marcina, bo tak było taniej – mieszkanie po jego ojcu, duże, z ogrodem. Ale razem z nim dostałam w pakiecie jego matkę, panią Halinę. „To tylko na chwilę, Aniu, dopóki nie odłożymy na własne” – powtarzał Marcin. Minęły dwa lata.
Każdy dzień zaczynał się od tego samego: „Nie tak ścielisz łóżko”, „U nas się nie zostawia naczyń w zlewie”, „Nie kupuj tej kawy, ona jest za droga”. Czułam się jak dziecko, które ciągle robi coś źle. Marcin milczał. Czasem próbował mnie pocieszyć wieczorem, ale nigdy nie powiedział matce ani słowa.
Pamiętam ten wieczór, kiedy wszystko się zmieniło. Była sobota, zaprosiłam rodziców na kolację – pierwszy raz od ślubu. Chciałam pokazać im, że sobie radzę, że jestem szczęśliwa. Przygotowałam wszystko sama: pieczony schab, sałatki, domowe ciasto. Teściowa przez cały dzień krążyła po kuchni i komentowała każdy mój ruch.
– Po co tyle przypraw? U nas się tak nie robi – mruknęła, kiedy marynowałam mięso.
– Mamo, pozwól Ani gotować po swojemu – próbował Marcin.
– Ja tylko chcę dobrze! – obruszyła się pani Halina i wyszła trzaskając drzwiami.
Kolacja zaczęła się spokojnie. Moi rodzice byli trochę spięci, ale starali się być mili. W pewnym momencie teściowa weszła do jadalni i bez słowa zaczęła poprawiać sztućce na stole. Wszyscy zamilkli.
– U nas zawsze nóż leży po prawej – powiedziała lodowatym tonem.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z pokoju i zamknąć się w łazience. Ale spojrzałam na mamę – widziałam w jej oczach współczucie i bezradność. Nie mogłam już dłużej udawać.
Po kolacji teściowa poprosiła mnie do kuchni.
– Aniu, musimy porozmawiać – zaczęła cicho, ale stanowczo. – Ja wiem, że się starasz, ale to jest mój dom. Albo zaczniesz robić wszystko tak, jak ja chcę, albo… musicie się wyprowadzić.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
– Przepraszam? – zapytałam cicho.
– Dobrze słyszałaś. Ja już nie mam siły patrzeć na ten bałagan i twoje eksperymenty w kuchni. Albo się dostosujesz, albo koniec tej zabawy w rodzinę.
Wróciłam do salonu blada jak ściana. Marcin spojrzał na mnie pytająco.
– Musimy porozmawiać – wyszeptałam.
Kiedy rodzice wyszli, opowiedziałam mu wszystko. Siedzieliśmy długo w ciszy.
– Marcin… Ja już nie mogę tak żyć. Twoja mama postawiła mi ultimatum.
– Co mam zrobić? To jej dom… – odpowiedział bezradnie.
– Ale ja jestem twoją żoną! Czy naprawdę chcesz, żebym całe życie była tu nikim?
Widziałam w jego oczach strach i zagubienie. Wiedziałam, że kocha matkę i nie chce jej zranić. Ale ja też byłam już na skraju wytrzymałości.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok i myślałam: co dalej? Czy naprawdę mam poświęcić siebie dla świętego spokoju? Czy warto walczyć o siebie, nawet jeśli grozi to rozpadem rodziny?
Rano spakowałam kilka rzeczy do torby i wyszłam z domu bez słowa. Pojechałam do rodziców. Mama przytuliła mnie bez słowa, a tata tylko pokiwał głową ze smutkiem.
Marcin dzwonił kilka razy tego dnia. Nie odbierałam. Wieczorem przyszedł do moich rodziców.
– Aniu… Proszę cię, wróć do domu. Porozmawiam z mamą.
– To nie jest mój dom – odpowiedziałam cicho. – Chcę mieć własny kąt. Chcę być twoją żoną, a nie gościem w cudzym domu.
Widziałam łzy w jego oczach pierwszy raz od lat.
– Dobrze… Wynajmiemy coś razem. Obiecuję.
Minęły trzy miesiące odkąd wyprowadziliśmy się od teściowej. Nie było łatwo – wynajem kosztuje dużo, musieliśmy zaciskać pasa, a relacje z panią Haliną są chłodne jak nigdy wcześniej. Ale pierwszy raz od dawna czuję się sobą we własnym domu.
Czasem zastanawiam się: czy warto było ryzykować wszystko dla własnego spokoju? Czy można być szczęśliwym kosztem czyjegoś żalu? Może czasem trzeba postawić granicę – nawet jeśli boli wszystkich wokół.