„Wszystko, co twoje, zostaje twoje? Moja walka o dom, rodzinę i prawdę”
– Nie masz prawa do tego domu, Anka! – głos ciotki Zofii rozbrzmiewał w kuchni, odbijając się echem od kafelków, które pamiętały jeszcze czasy mojego dzieciństwa. Stałam oparta o framugę drzwi, z zaciśniętymi pięściami i sercem bijącym jak oszalałe. W powietrzu czuć było zapach świeżo parzonej kawy i czegoś jeszcze – goryczy, która wypełniała każdy kąt tego domu.
Rodzice zginęli dwa tygodnie temu. Wypadek samochodowy na drodze do Warszawy. Jeden telefon od policji i wszystko się rozpadło. Zostałam sama – ja, Anna Kowalska, trzydziestoczteroletnia nauczycielka z Płocka, która nagle musiała wrócić do rodzinnej wsi pod Gostyninem, by zmierzyć się z czymś, czego nie przewidywały żadne podręczniki.
– To nie jest sprawiedliwe – wyszeptałam, patrząc na ciotkę Zofię i jej syna, mojego kuzyna Marka. – Rodzice zapisali dom mnie. Tak chcieli.
Marek wzruszył ramionami i spojrzał na mnie z pogardą. – A myślisz, że to wystarczy? My tu byliśmy zawsze. Pomagaliśmy twoim rodzicom, kiedy ty siedziałaś w mieście. Teraz chcesz wszystko zabrać?
Wiedziałam, że to nieprawda. Przyjeżdżałam tak często, jak mogłam. Ale dla nich zawsze byłam tą „miastową”, która nie rozumie ciężaru pracy na roli ani wartości ziemi. Dla mnie ten dom był czymś więcej niż tylko budynkiem – był wspomnieniem dzieciństwa, zapachem lipy za oknem, śmiechem rodziców przy niedzielnym stole.
Po pogrzebie dom wypełnił się rodziną – ciotki, wujkowie, kuzyni. Każdy miał coś do powiedzenia o tym, co powinno się stać z majątkiem. Słuchałam ich rozmów przez cienkie ściany sypialni rodziców, gdzie spałam od ich śmierci. Szeptali o podziale ziemi, o sprzedaży domu, o pieniądzach. Nikt nie pytał mnie, czego chcę ja.
Pewnej nocy usłyszałam rozmowę Marka z matką:
– Trzeba ją przekonać. Albo się zgodzi na podział, albo…
– Albo co? – przerwała mu ciotka Zofia.
– Może znajdziemy coś w papierach. Może nie wszystko jest takie jasne.
Leżałam bezsennie do rana. W głowie kłębiły mi się myśli: czy naprawdę jestem sama przeciwko wszystkim? Czy dom rodziców stanie się polem bitwy?
Następnego dnia poszłam do kancelarii notarialnej w Gostyninie. Notariuszka, pani Ewa Nowakowska, spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Pani Anno, testament jest ważny. Dom i ziemia należą do pani. Ale musi się pani przygotować na walkę. Rodzina może próbować podważyć testament albo przeciągać sprawę latami.
Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Na podwórku czekała na mnie babcia Helena – jedyna osoba, która nie próbowała niczego ode mnie żądać.
– Aniu, pamiętaj jedno – powiedziała cicho. – Dom to nie tylko ściany i dach. To ludzie. Jeśli będziesz walczyć o mury, możesz stracić rodzinę na zawsze.
Ale czy rodzina, która chce mnie ograbić z dorobku moich rodziców, zasługuje na lojalność?
Wieczorem przyszli Marek z ciotką Zofią. Usiadłam naprzeciwko nich przy kuchennym stole.
– Anka, bądź rozsądna – zaczął Marek. – Podzielmy się wszystkim po równo. Ty dostaniesz dom, my ziemię.
– Nie mogę – odpowiedziałam drżącym głosem. – Rodzice chcieli inaczej.
– Rodzice już nie żyją! – wykrzyknęła ciotka Zofia. – Teraz liczy się to, co my uznamy za słuszne!
Poczułam łzy napływające do oczu. Wstałam gwałtownie.
– Jeśli naprawdę chcecie wojny o ten dom, to ją dostaniecie – powiedziałam cicho.
Przez kolejne tygodnie atmosfera gęstniała jak burzowe chmury nad mazowieckimi polami. Marek zaczął rozpuszczać plotki po wsi: że jestem chciwa, że chcę sprzedać dom Niemcom (absurdalne oskarżenie!), że nie szanuję tradycji.
Ludzie zaczęli patrzeć na mnie krzywo w sklepie spożywczym. Nawet stara sąsiadka pani Jadwiga przestała się ze mną witać.
Zaczęłam wątpić w siebie. Czy naprawdę jestem taka zła? Czy powinnam odpuścić?
Pewnej nocy śniła mi się mama. Stała w ogrodzie pod jabłonią i mówiła: „Ania, dom to nie tylko cegły. To twoje wspomnienia i twoja siła.”
Obudziłam się ze łzami na policzkach i poczułam dziwną ulgę. Wiedziałam już, co muszę zrobić.
Następnego dnia zaprosiłam całą rodzinę na rozmowę.
– Posłuchajcie mnie wszyscy – zaczęłam stanowczo. – Rozumiem wasze żale i rozczarowanie. Ale dom należy do mnie zgodnie z wolą rodziców. Nie zamierzam go sprzedawać ani oddawać nikomu z was. Ale jeśli ktoś z was potrzebuje pomocy albo miejsca do spania – drzwi są otwarte. Chcę zachować rodzinę, ale nie pozwolę się zastraszyć.
Cisza była gęsta jak śmietana. Ciotka Zofia spuściła wzrok. Marek wyszedł bez słowa.
Minęły miesiące. Sprawa ucichła, choć relacje pozostały chłodne. Dom stał się moją twierdzą i azylem – miejscem bólu i siły jednocześnie.
Czasem siadam na ganku z kubkiem herbaty i patrzę na zachód słońca nad polami rodziców.
Czy warto było walczyć? Czy dom bez rodziny to jeszcze dom? A może czasem trzeba wybrać siebie?