Wujek i nowe początki: Dziennik Borysa

Siedziałem przy kuchennym stoliku, wpatrując się w pustą szklankę. Nic tam nie było, podobnie jak odpowiedzi na moje pytania. Westchnąłem i spojrzałem z obrzydzeniem na niedopitą herbatę, rozcieńczoną do ostatniej kropli. Brakowało już fusów, ale i pieniędzy, by kupić nowe. Wstałem, wylałem resztki do zlewu, opłukałem szklankę i nalałem do niej stygnącej wody z czajnika. Woda była letnia, bez smaku – jak moje życie od śmierci mamy.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Przez chwilę miałem nadzieję, że to sąsiadka z dołu, pani Zofia, przyniosła trochę świeżego chleba albo choćby kilka ziemniaków. Ale nie – za drzwiami stał mój wujek, Stanisław. Ten sam, który przez lata nie odzywał się do naszej rodziny po kłótni z moim ojcem.

– Borys, mogę wejść? – zapytał cicho, jakby bał się własnego głosu.

Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem na niego długo, próbując znaleźć w sobie choć odrobinę ciepła. Ale widziałem tylko zmęczonego człowieka z siwymi włosami i oczami pełnymi żalu.

– Wejdź – powiedziałem w końcu, robiąc miejsce w kuchni.

Usiadł ciężko na krześle naprzeciwko mnie. Przez chwilę milczeliśmy.

– Wiem, że nie powinienem był tak długo milczeć – zaczął niepewnie. – Ale…

– Ale co? – przerwałem mu ostro. – Przez lata nie było cię przy nas. Nawet na pogrzebie mamy nie przyszedłeś.

Wujek spuścił głowę.

– Wiem. I nigdy sobie tego nie wybaczę. Ale teraz… teraz sam zostałem. Moja żona odeszła, dzieci wyjechały za granicę. Zostałem tylko ja i wspomnienia.

Poczułem w sobie coś dziwnego – mieszaninę gniewu i współczucia. Przypomniałem sobie, jak kiedyś, gdy byłem dzieckiem, wujek zabierał mnie na ryby nad Wartę. Jak śmialiśmy się razem z byle czego. Potem wszystko się popsuło.

– Czego chcesz? – zapytałem cicho.

– Chciałbym… zacząć od nowa. Pomóc ci trochę. Może razem będzie nam łatwiej?

Zaśmiałem się gorzko.

– Pomóc? Czym? Sam ledwo wiążesz koniec z końcem.

Wujek wyjął z kieszeni starą kopertę i położył ją na stole.

– Sprzedałem działkę pod Poznaniem. Nie mam już nic poza tymi pieniędzmi i… tobą.

Patrzyłem na kopertę jak na obcy przedmiot. Z jednej strony chciałem ją odrzucić, z drugiej – wiedziałem, że bez niej nie przetrwam zimy.

– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć – powiedziałem szczerze.

– Nie proszę o wybaczenie. Proszę tylko o szansę – odpowiedział cicho.

Przez następne dni wujek został u mnie. Było dziwnie – jakbyśmy byli dwoma obcymi ludźmi zamkniętymi w jednym mieszkaniu. On próbował gotować obiady (co kończyło się zazwyczaj przypalonym makaronem), ja udawałem, że czytam gazetę, choć tak naprawdę tylko patrzyłem w ścianę.

Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole. Wujek wyjął stare zdjęcia – nasze rodzinne fotografie sprzed lat.

– Pamiętasz to? – zapytał, pokazując mi zdjęcie z wakacji w Międzyzdrojach.

– Pamiętam – odpowiedziałem krótko.

– Twój ojciec był wtedy taki szczęśliwy…

Zacisnąłem pięści pod stołem.

– Nie mów o nim. Nie masz prawa.

Wujek spojrzał na mnie smutno.

– Masz rację. Ale chciałbym ci opowiedzieć coś ważnego…

Zamilkł na chwilę, jakby zbierał się w sobie.

– Twój ojciec… on nie był taki zły, jak myślisz. Kiedyś uratował mi życie. Byliśmy młodzi, głupi…

Słuchałem tej historii z niedowierzaniem. Po raz pierwszy usłyszałem coś dobrego o ojcu od kogoś innego niż mama.

Z czasem zaczęliśmy rozmawiać coraz więcej. O przeszłości, o błędach, o tym, co nas boli. Były łzy i krzyki; raz nawet rzuciłem talerzem o ścianę ze złości. Ale potem przyszła cisza – taka prawdziwa, oczyszczająca.

Któregoś dnia przyszła pani Zofia z dołu.

– Borys! Słyszałam, że masz gościa! Może wpadniecie na herbatę?

Spojrzałem na wujka pytająco. Uśmiechnął się lekko.

– Chodźmy – powiedział.

U pani Zofii było ciepło i pachniało drożdżowym ciastem. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Wujek opowiadał dowcipy z czasów PRL-u, a ja pierwszy raz od dawna śmiałem się szczerze.

Zaczęliśmy razem chodzić na zakupy, gotować obiady (tym razem już bez przypalania), nawet sprzątaliśmy mieszkanie przy dźwiękach starego radia. Ludzie z bloku patrzyli na nas z ciekawością – dwóch mężczyzn próbujących poskładać swoje życie na nowo.

Ale nie wszystko było łatwe. Pewnego dnia znalazłem list od mojej siostry, Magdy, która mieszkała w Gdańsku. Pisała:

„Borys,
Nie wiem, czy dobrze robisz wpuszczając Stanisława do swojego życia. On zawsze był egoistą. Uważaj na siebie.”

Poczułem ukłucie niepokoju. Czy rzeczywiście mogę zaufać wujkowi? Czy to wszystko nie jest tylko chwilowe?

Wieczorem zapytałem go wprost:

– Dlaczego naprawdę tu jesteś?

Wujek spojrzał mi prosto w oczy.

– Bo nie chcę umierać samotnie. Bo chcę naprawić to, co zepsułem. Bo ty jesteś moją rodziną.

Nie odpowiedziałem nic. Ale tej nocy długo nie mogłem zasnąć.

Minęły tygodnie. Zima przyszła szybciej niż zwykle – mróz wciskał się przez nieszczelne okna, a kaloryfery ledwo grzały. Wujek zachorował na zapalenie płuc. Przez kilka dni bałem się go zostawić samego nawet na chwilę.

Pewnego ranka usiadłem przy jego łóżku i trzymałem go za rękę.

– Przepraszam za wszystko – wyszeptał słabym głosem.

Łzy same napłynęły mi do oczu.

– Ja też przepraszam…

Wtedy zrozumiałem, że przebaczenie to nie jest jednorazowy akt – to proces, który trwa całe życie.

Wiosną wujek powoli wracał do zdrowia. Razem poszliśmy na spacer do parku, gdzie kwitły pierwsze krokusy.

– Widzisz? Życie zawsze daje drugą szansę – powiedział cicho.

Patrzyłem na niego i myślałem: czy potrafię naprawdę zacząć od nowa? Czy można odbudować rodzinę na gruzach dawnych krzywd?

A wy? Czy dalibyście komuś drugą szansę po tylu latach milczenia? Czy warto próbować naprawiać to, co wydaje się już stracone?