Zadzwoniłam po trzydziestu latach. Odpowiedział: „Właśnie o tobie myślałem”. Czy można wrócić do dawnych uczuć?
– Halo? – mój głos drżał, gdy trzymałam w dłoni stary, pożółkły kalendarz z 1992 roku. Palce ślizgały mi się po klawiaturze telefonu, a serce waliło jak oszalałe. – Halo? – powtórzył głos po drugiej stronie. I wtedy usłyszałam: – Właśnie o tobie myślałem.
Przez chwilę nie wiedziałam, czy to ja śnię, czy to on żartuje. Minęło przecież ponad trzydzieści lat. Tamte imiona, tamte miejsca, tamte obietnice dawno spakowałam do pudełka z napisem „młodość” i odłożyłam na najwyższą półkę w szafie wspomnień. A jednak wystarczył jeden impuls – porządki na strychu, przypadkowe otwarcie kalendarza, numer zapisany długopisem, który ledwo już przebijał przez papier – by wszystko wróciło.
– To naprawdę ty? – zapytałam cicho.
– Anka? – jego głos był taki sam jak dawniej. Ciepły, lekko zachrypnięty, z tym charakterystycznym przeciąganiem samogłosek. – Nie wierzę…
Usiadłam na starej skrzyni, wśród pudeł z dziecięcymi ubrankami moich córek, i pozwoliłam sobie na łzy. Przez chwilę byłam znowu tą dziewczyną z liceum, która czekała pod blokiem na Piotrka. Tą, która wierzyła w wieczność pierwszej miłości.
– Co u ciebie? – zapytał po chwili ciszy.
– Żyję… Mam rodzinę. Dwie córki. Męża. A ty?
– Samotny od lat. Rozwiodłem się. Syn studiuje w Poznaniu. Czasem wydaje mi się, że wszystko już było…
Rozmowa potoczyła się sama. O starych znajomych, o tym, jak zmieniła się Warszawa, o rodzicach, którzy już nie żyją. O tym, co boli i czego żałujemy. Gdy się rozłączyliśmy, długo siedziałam w ciszy, patrząc przez okno na ogród, który pielęgnowałam przez lata z mężem.
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie kłębiły się pytania. Dlaczego zadzwoniłam? Czego szukam? Czy naprawdę jestem szczęśliwa?
Następnego dnia Piotrek napisał SMS-a: „Chciałbym cię zobaczyć. Choćby na chwilę”.
Nie spałam całą noc. W kuchni mąż, Marek, czytał gazetę i pił kawę.
– Coś się stało? – zapytał bez podnoszenia wzroku.
– Nie… Po prostu źle spałam.
Kłamałam coraz częściej. Przed sobą, przed nim, przed córkami. Zaczęłam żyć w dwóch światach: tym codziennym, gdzie gotowałam zupę i robiłam zakupy w Biedronce, i tym drugim – pełnym wspomnień i tęsknoty za czymś utraconym.
Spotkaliśmy się z Piotrkiem w małej kawiarni na Mokotowie. Był starszy, siwiejący na skroniach, ale oczy miał te same. Uśmiechnął się nieśmiało.
– Myślałem o tobie przez te wszystkie lata – powiedział cicho.
– Ja też… Ale życie potoczyło się inaczej.
Rozmawialiśmy godzinami. O tym, co by było gdyby. O tym, jak bardzo baliśmy się wtedy dorosłości i jak szybko ona przyszła. O tym, że czasem jedno słowo może zmienić wszystko.
Po spotkaniu wróciłam do domu rozbita. Marek patrzył na mnie podejrzliwie.
– Gdzie byłaś tak długo?
– Z Jolą na kawie – skłamałam bez mrugnięcia okiem.
Zaczęły się kłótnie. Marek wyczuwał zmianę. Był coraz bardziej nerwowy, podejrzliwy. Córki patrzyły na mnie pytająco.
– Mamo, wszystko w porządku?
– Tak, kochanie…
Ale nic nie było w porządku. Czułam się rozdarta między przeszłością a teraźniejszością. Piotrek pisał coraz częściej. Chciał więcej spotkań, rozmów, bliskości.
Pewnego wieczoru Marek znalazł mój telefon i przeczytał wiadomości.
– Kim jest Piotr? – zapytał zimno.
Zamarłam.
– Stary znajomy…
– Stary znajomy czy ktoś więcej?
Nie odpowiedziałam. Wybuchła awantura jakiej nie pamiętam od lat.
– Po tylu latach małżeństwa robisz mi coś takiego?!
– Ja… nie wiem już sama…
Marek wyszedł trzaskając drzwiami. Córki płakały zamknięte w swoich pokojach.
Następnego dnia Piotrek zadzwonił.
– Anka, nie chcę cię ranić… Ale nie mogę już żyć bez ciebie.
A ja poczułam się jak bohaterka taniego melodramatu. Rozdarta między lojalnością wobec rodziny a tęsknotą za czymś utraconym dawno temu.
Przez kolejne tygodnie chodziłam jak cień samej siebie. Marek milczał albo rzucał oskarżenia pod nosem. Córki unikały mnie wzrokiem.
W końcu usiadłam z Markiem przy stole.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam drżącym głosem.
Opowiedziałam mu wszystko. O Piotrku, o telefonie, o spotkaniach i o tym, że czuję się nieszczęśliwa od lat.
Marek spuścił głowę.
– Myślałem, że jesteśmy szczęśliwi…
– Ja też tak myślałam…
Zdecydowaliśmy się na terapię małżeńską. To był trudny czas – pełen łez, pretensji i żalu za straconymi latami. Ale też czas odkrywania siebie na nowo.
Z Piotrkiem kontakt urwał się sam. Napisał ostatnią wiadomość: „Zawsze będziesz moją pierwszą miłością”.
Dziś patrzę na Marka inaczej niż kiedyś. Wiem już, że szczęście to nie jest wieczna euforia ani spełnienie wszystkich marzeń z młodości. To codzienność – czasem trudna, czasem nudna – ale nasza własna.
Często wracam myślami do tamtego telefonu i pytam siebie: czy warto było otwierać drzwi do przeszłości? Czy lepiej żyć wspomnieniami czy próbować naprawiać teraźniejszość?
A wy? Czy odważylibyście się zadzwonić do swojej pierwszej miłości po tylu latach? Czy lepiej zostawić przeszłość zamkniętą na klucz?