Zawsze wspierałam córkę, gdy rozwodziła się z mężem. Teraz znów są razem, a ja zostałam jej największym wrogiem

– Mamo, proszę cię, nie zaczynaj znowu – usłyszałam głos mojej córki, gdy tylko przekroczyłam próg jej mieszkania. Stała w kuchni, oparta o blat, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. W jej oczach widziałam zmęczenie, ale też coś, czego nie potrafiłam nazwać – może cień wrogości?

Jeszcze kilka miesięcy temu byłam jej największym wsparciem. Kiedy Marta płakała po nocach przez zdradę swojego męża, to ja tuliłam ją do snu. To ja jeździłam z nią do prawnika, pomagałam szukać nowego mieszkania, opiekowałam się wnuczką, gdy ona nie miała siły wstać z łóżka. Byłam jej przyjaciółką, powierniczką, matką – wszystkim naraz. Wtedy czułam się potrzebna jak nigdy wcześniej. Myślałam, że nasza więź jest niezniszczalna.

A teraz? Teraz stoję naprzeciwko niej i czuję się jak intruz w jej własnym życiu.

– Nie zaczynam – odpowiedziałam cicho, choć w środku gotowałam się ze złości i bezsilności. – Chciałam tylko zapytać, czy jesteś pewna tego, co robisz.

Marta westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Mamo, to jest moje życie. Ja wiem najlepiej, co dla mnie dobre.

Poczułam ukłucie w sercu. Przecież jeszcze niedawno mówiła mi wszystko. Każdą myśl, każdy lęk, każdą nadzieję. A teraz zamykała się przede mną jak przed obcą osobą.

Nie mogłam zrozumieć, jak mogła wrócić do Pawła po tym wszystkim, co jej zrobił. Po tych wszystkich łzach, upokorzeniach, po zdradzie… Przecież przysięgała sobie – i mnie – że nigdy więcej nie pozwoli mu się zranić.

Pamiętam tamten wieczór sprzed roku. Marta siedziała na mojej kanapie, trzymając w dłoniach kubek herbaty. Drżała cała, a łzy spływały jej po policzkach.

– Mamo, ja już nie mam siły… On mnie zdradził. Z tą swoją koleżanką z pracy…

Przytuliłam ją wtedy mocno i obiecałam, że wszystko będzie dobrze. Że razem przez to przejdziemy. I przeszłyśmy – przez rozwód, przez podział majątku, przez walkę o opiekę nad małą Zosią.

A teraz? Teraz Paweł znów był w ich życiu. Widziałam jego samochód pod blokiem Marty coraz częściej. Zosia mówiła mi z błyskiem w oku: „Babciu, tata znów mieszka z nami!”. A ja czułam się zdradzona – nie przez Pawła, ale przez własną córkę.

– Marta, ja tylko chcę twojego szczęścia – próbowałam jeszcze raz. – Ale czy naprawdę możesz mu zaufać? Przecież już raz cię skrzywdził…

– Mamo! – przerwała mi ostro. – To nie twoja sprawa! To jest mój wybór!

Zamilkłam. Poczułam się tak bardzo niepotrzebna. Jakby ktoś nagle wyrwał mi serce i zostawił pustkę.

Wróciłam do domu i długo siedziałam w ciszy. Przeglądałam stare zdjęcia – te z dzieciństwa Marty, te ze ślubu… Pamiętałam każdy szczegół: jej uśmiechnięte oczy, kiedy pierwszy raz powiedziała „mamo”, jej dłoń ściskającą moją podczas pierwszego dnia w przedszkolu…

Zawsze myślałam, że będziemy sobie ufać bezgranicznie. Że będziemy dla siebie wsparciem na dobre i złe. Tymczasem czułam się jak wróg numer jeden.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie sąsiadka.

– Pani Aniu, widziałam Pawła u pani Marty… Czy oni znowu są razem?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wstydziłam się przyznać przed innymi i przed sobą samą, że nie mam już wpływu na życie własnej córki.

Wieczorem zadzwoniła Marta.

– Mamo… przepraszam za ostatnią rozmowę. Wiem, że chcesz dobrze. Ale ja muszę spróbować jeszcze raz… dla Zosi. Ona potrzebuje ojca.

– A ty? Ty też go potrzebujesz? – zapytałam cicho.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie wiem… Może tak. Może po prostu boję się być sama.

Chciałam powiedzieć jej tyle rzeczy: że zasługuje na więcej, że samotność nie jest najgorsza… Ale ugryzłam się w język. Bałam się stracić ją zupełnie.

Od tamtej pory nasze relacje stały się chłodne. Spotykamy się rzadziej. Zosia coraz częściej mówi o „naszej rodzinie”, a ja czuję się jak ktoś zbędny.

Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy za bardzo ingerowałam w życie Marty? Czy powinnam była pozwolić jej upaść i podnieść się samodzielnie?

Ostatnio spotkałyśmy się na spacerze w parku. Marta była zamyślona.

– Mamo… czy ty mnie jeszcze kochasz?

Zatrzymałam się i spojrzałam jej prosto w oczy.

– Kocham cię zawsze. Ale czasem trudno mi zaakceptować twoje wybory.

Uśmiechnęła się smutno.

– Ja też siebie nie rozumiem…

Przytuliłyśmy się długo, obie płacząc po cichu.

Dziś wiem jedno: nie da się ochronić dziecka przed całym złem świata. Nawet jeśli bardzo tego chcemy. Czasem trzeba pozwolić mu popełnić własne błędy – nawet jeśli boli to bardziej niż cokolwiek innego.

Czy można kochać kogoś tak mocno i jednocześnie czuć się przez niego odrzuconym? Czy matczyna miłość naprawdę jest bezwarunkowa? Może to właśnie czas na to, by nauczyć się kochać inaczej…