Cisza po Marku: Prawda, która rozdarła moje życie

— Marek, nie zapomnij kluczy! — krzyknęłam za nim, kiedy wychodził z domu. Odpowiedział mi tylko krótkim „Nie martw się, Anka”, nawet nie patrząc mi w oczy. Zawsze tak było — szybki pocałunek w czoło, torba na ramię i już go nie było. Tego ranka coś jednak było inaczej. W powietrzu wisiała jakaś dziwna cisza, jakby dom wiedział, że coś się wydarzy.

Marek miał wrócić w piątek. Delegacja do Poznania, trzy dni, kilka spotkań, powrót wieczorem. Tak mówił. Tak zawsze mówił. W piątek wieczorem czekałam z kolacją, z jego ulubioną zupą pomidorową. Zegar wybijał kolejne minuty, a ja coraz częściej zerkałam na telefon. O 22:00 zadzwoniłam do niego pierwszy raz. Nie odebrał. O 23:00 napisałam wiadomość: „Gdzie jesteś? Martwię się.” Odpowiedzi nie było.

Noc była długa. Przewracałam się z boku na bok, słuchając ciszy, która nagle stała się nie do zniesienia. Rano zadzwoniłam do jego szefa. — Pani Anna? Marek? Przecież on już wczoraj miał wrócić — usłyszałam w słuchawce. — Nie pojawił się na ostatnim spotkaniu. Myśleliśmy, że może zachorował.

Zaczęłam dzwonić po szpitalach, policji, znajomych. Każdy dzień bez wieści był jak kolejny gwóźdź do trumny mojej nadziei. Rodzina Marka milczała, jakby bali się powiedzieć coś, co mogłoby mnie zranić jeszcze bardziej. Moja mama powtarzała: „Na pewno się znajdzie, może miał wypadek, może stracił telefon.” Ale ja czułam, że to nie jest zwykłe zniknięcie.

Po tygodniu przyszła do mnie policja. — Pani Anno, czy Marek miał jakieś problemy? — pytali. — Czy coś się ostatnio zmieniło w jego zachowaniu? — Nie — odpowiedziałam, choć w głębi duszy wiedziałam, że coś było nie tak. Był rozkojarzony, często wychodził wieczorami, tłumacząc się pracą. Ale przecież Marek zawsze był pracoholikiem.

Wieczorami siadałam na kanapie, przeglądając nasze zdjęcia. Ślub, wakacje nad morzem, śmiech, pocałunki. Czy to wszystko było kłamstwem? Czy naprawdę go znałam?

Pewnego dnia, przeglądając jego rzeczy, znalazłam w szufladzie telefon, o którym nie miałam pojęcia. Stary model, bez kodu. W środku kilka wiadomości. Najnowsza: „Kocham cię, czekam na ciebie. Twoja Kasia.” Serce mi zamarło. Kasia? Jaka Kasia?

Zadzwoniłam pod numer. Odebrała kobieta. — Halo? — zapytała niepewnie. — Dzień dobry, tu Anna, żona Marka. — Po drugiej stronie zapadła cisza. — Proszę, powiedz mi, gdzie jest mój mąż — błagałam. — Nie wiem… — odpowiedziała cicho. — Marek miał wrócić do mnie wczoraj, ale nie przyszedł.

Zamarłam. Do niej? Do niej miał wrócić?

Wtedy wszystko zaczęło się układać w całość. Delegacje, późne powroty, tajemnicze rozmowy. Marek miał drugie życie. Drugą kobietę. Drugą rodzinę?

Przez kolejne dni rozmawiałam z Kasią. Była młodsza ode mnie, mieszkała w Poznaniu, znała Marka od dwóch lat. — Obiecywał, że odejdzie od żony, że zaczniemy nowe życie — mówiła przez łzy. — Wierzyłam mu.

Zgłosiłam wszystko na policję. Zaczęli szukać Marka w Poznaniu. Kasia pokazała mi zdjęcia — Marek z nią, Marek z jej synkiem. Mój mąż, jej partner, ojciec jej dziecka.

Czułam się jak w złym filmie. Zdrada bolała bardziej niż jego zniknięcie. Próbowałam zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. Czy byłam zbyt wymagająca? Czy nie dawałam mu wystarczająco miłości?

Minęły dwa miesiące. Policja znalazła samochód Marka na obrzeżach Poznania. W środku były jego dokumenty, telefon, portfel. Po Marku nie było śladu.

Kasia i ja zaczęłyśmy rozmawiać coraz częściej. Łączył nas ból, żal i poczucie zdrady. — Myślisz, że żyje? — zapytała mnie kiedyś. — Nie wiem — odpowiedziałam szczerze. — Ale jeśli tak, to nie wiem, czy chcę go jeszcze zobaczyć.

Rodzina Marka odsunęła się ode mnie. Mówili, że to moja wina, że nie potrafiłam go zatrzymać. Przyjaciele przestali dzwonić. Zostałam sama, z tysiącem pytań bez odpowiedzi.

Któregoś dnia dostałam list. Bez znaczka, bez adresu zwrotnego. „Przepraszam. Nie potrafię inaczej. Marek.” To wszystko. Żadnych wyjaśnień, żadnych słów otuchy. Tylko jedno zdanie, które rozdarło mnie na pół.

Dziś minął rok od jego zniknięcia. Nauczyłam się żyć sama, choć każda noc jest walką z myślami. Czasem myślę, że lepiej byłoby nie znać prawdy. Ale czy naprawdę można żyć w kłamstwie, nawet jeśli to mniej boli?

Czy można wybaczyć zdradę, jeśli nie ma już komu wybaczać? Czy lepiej znać całą prawdę, nawet jeśli jest ona najgorsza z możliwych? Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: kim jestem bez niego? I czy kiedykolwiek jeszcze zaufam drugiemu człowiekowi?