Czy naprawdę zasłużyłam na zapomnienie? Moja walka o rodzinę, która odwróciła się ode mnie
– Mamo, nie mam teraz czasu, oddzwonię później – usłyszałam w słuchawce głos mojej córki, Magdy. To już trzeci raz w tym tygodniu. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, rozłączyła się. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na zimniejącą herbatę, i czułam, jak ściska mnie w gardle. Zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle, a cisza w mieszkaniu była nie do zniesienia.
Kiedyś byłam dla nich wszystkim – dla Magdy i dla Pawła. Odkąd ich ojciec odszedł, to ja byłam tą, która trzymała naszą rodzinę w całości. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego im nie brakowało. Pamiętam, jak Magda przychodziła do mnie z każdym problemem, a Paweł zawsze pytał, czy może mi jakoś pomóc. Teraz mam wrażenie, że jestem dla nich tylko ciężarem, reliktem przeszłości, który przeszkadza w ich dorosłym życiu.
Ostatni raz widzieliśmy się na święta Bożego Narodzenia. Magda przyjechała z narzeczonym, Paweł wpadł tylko na godzinę, bo „musiał wracać do pracy”. Siedziałam przy stole, patrząc na ich pochylone nad telefonami głowy, i czułam się jak duch. Próbowałam zagaić rozmowę, zapytać o ich życie, o plany, ale każde pytanie spotykało się z krótką, wymuszoną odpowiedzią. W końcu nie wytrzymałam i wybuchłam:
– Czy wy w ogóle jeszcze pamiętacie, że macie matkę? Czy tylko przyjeżdżacie tu z obowiązku?
Magda spojrzała na mnie z irytacją:
– Mamo, nie przesadzaj. Mamy swoje życie. Nie możesz oczekiwać, że będziemy tu siedzieć cały czas.
Paweł tylko wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek. Po tej kolacji długo nie mogłam dojść do siebie. Czułam się jak nieproszony gość we własnym domu.
Od tamtej pory kontakt był coraz rzadszy. Telefony, które kiedyś dzwoniły codziennie, teraz milczały tygodniami. Pisałam wiadomości, na które odpowiadali zdawkowo, jeśli w ogóle. Próbowałam się nie narzucać, ale samotność była nie do zniesienia. Znajomi z sąsiedztwa opowiadali o wnukach, o wspólnych wyjazdach z dziećmi, a ja miałam wrażenie, że moje dzieci już mnie nie potrzebują.
W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Magdy, a ona znowu powiedziała, że nie ma czasu. Zadzwoniłam do Pawła – nie odebrał. Napisałam więc do nich obojga wiadomość:
„Jeśli nie znajdziecie dla mnie czasu w tym miesiącu, nie chcę już, żebyście się do mnie odzywali. Nie będę was prosić o uwagę. Albo jesteśmy rodziną, albo nie.”
Wysłałam i od razu poczułam wyrzuty sumienia. Może przesadziłam? Może powinnam była być bardziej cierpliwa? Ale ile można czekać na odrobinę zainteresowania od własnych dzieci?
Następnego dnia zadzwoniła Magda. Była wściekła:
– Mamo, co to ma być? Grozisz nam, że nas wydziedziczysz, bo nie mamy czasu na kawę? Wiesz, ile mam pracy? Wiesz, jak wygląda moje życie?
– Wiem, że kiedyś byliśmy rodziną, a teraz czuję się jak obca – odpowiedziałam cicho. – Chciałam tylko, żebyście pamiętali, że ja też istnieję.
– Przesadzasz. Naprawdę przesadzasz. – Rozłączyła się.
Paweł napisał tylko krótką wiadomość: „Nie wiem, o co ci chodzi. Mam swoje sprawy. Odezwę się, jak będę mógł.”
Przez kolejne dni czułam się jeszcze gorzej. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja jestem winna. Może za bardzo ich przyzwyczaiłam, że zawsze jestem na zawołanie? Może powinnam była wcześniej nauczyć się żyć dla siebie, a nie tylko dla nich?
Przypomniałam sobie, jak Paweł miał 10 lat i bał się ciemności. Siedziałam wtedy przy jego łóżku, aż zasnął. Jak Magda płakała po pierwszym zawodzie miłosnym i tuliła się do mnie, szukając pocieszenia. Gdzie się podziały te dzieci? Czy dorosłość naprawdę musi oznaczać zapomnienie o tych, którzy dali nam wszystko?
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zofia. Zawsze miała dobre serce i potrafiła słuchać. Opowiedziałam jej wszystko, a ona westchnęła:
– Moja droga, dzieci dorastają, mają swoje życie. Ale to nie znaczy, że nie kochają. Może po prostu nie wiedzą, jak okazać ci tę miłość teraz, kiedy są dorośli?
Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie wymagam od nich za wiele. Ale czy to naprawdę za dużo – chcieć odrobiny uwagi, rozmowy, wspólnej kawy raz na jakiś czas?
Kilka dni później Magda przyszła do mnie bez zapowiedzi. Weszła do kuchni, usiadła naprzeciwko mnie i długo milczała. W końcu powiedziała:
– Mamo, przepraszam. Może rzeczywiście za bardzo się oddaliliśmy. Ale czasem mam wrażenie, że oczekujesz od nas, żebyśmy byli tacy jak kiedyś. A my już nie jesteśmy dziećmi.
– Wiem, Magda. Ale ja też nie przestałam być waszą matką. Potrzebuję was tak samo, jak wy kiedyś potrzebowaliście mnie.
Popłakałyśmy się obie. Paweł zadzwonił kilka dni później. Rozmawialiśmy długo, pierwszy raz od miesięcy. Obiecał, że wpadnie w weekend. Może coś się zmieni. Może nie. Ale wiem jedno – nie chcę już udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.
Czasem zastanawiam się, czy bycie matką naprawdę kończy się, kiedy dzieci dorastają. Czy można nauczyć się żyć dla siebie, kiedy przez całe życie żyło się dla innych? Czy to ja jestem zbyt wymagająca, czy to świat się zmienił? Co wy o tym myślicie? Czy powinnam była postawić to ultimatum, czy raczej czekać w milczeniu, aż sobie przypomną?