Moje dzieci i wnuki są niewdzięczne: Nigdy nie myślałam, że starość spędzę sama
– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, jestem w pracy – usłyszałam w słuchawce głos mojej córki, Magdy. Znowu. Ostatnio coraz częściej słyszę te słowa, jakby były wyuczoną formułką, którą rzuca się, żeby zamknąć temat. Odłożyłam telefon na stół i spojrzałam na zegar. Była dopiero jedenasta rano, a ja już czułam, że dzień się kończy. W pustym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie cisza dzwoniła mi w uszach.
Nie tak wyobrażałam sobie starość. Kiedy byłam młoda, myślałam, że będę otoczona rodziną, śmiechem wnuków, zapachem domowego ciasta. Przez całe życie starałam się być dobrą matką. Pracowałam jako nauczycielka w podstawówce, a po pracy gotowałam, prałam, pomagałam dzieciom w lekcjach. Mój mąż, Andrzej, był kierowcą autobusu, często nie było go w domu, więc większość obowiązków spadała na mnie. Nie narzekałam. Wierzyłam, że rodzina to najważniejsze, że dzieci kiedyś docenią moje poświęcenie.
Dziś Magda mieszka dwie ulice dalej, a mój syn Tomek z rodziną – na Ursynowie. Wnuki widuję rzadko, najczęściej przez ekran telefonu, kiedy Magda na chwilę włączy kamerę, żeby pokazać mi, jak Staś nauczył się jeździć na rowerze. „Babciu, patrz!” – krzyczy wtedy Staś, a ja udaję, że się cieszę, choć serce mi pęka, że nie mogę go przytulić, pogratulować, poczuć jego zapachu.
Czasem próbuję zaprosić ich na obiad. „Mamo, nie mamy czasu, może innym razem” – słyszę. „Babciu, mamy trening” – dodaje wnuczka Ola. Wtedy zamykam się w kuchni i gotuję dla siebie. Zupa starcza na trzy dni, schabowe zamrażam, bo nie mam komu ich podać. Czasem myślę, że gdyby Andrzej żył, może byłoby inaczej. Odszedł nagle, pięć lat temu. Zostałam sama z pustką, której nie potrafię wypełnić.
Pamiętam, jak kiedyś Magda przyszła do mnie z płaczem, bo pokłóciła się z mężem. Siedziałyśmy do późna, słuchałam jej, tuliłam, doradzałam. Tomek miał problemy w liceum – to ja chodziłam na wywiadówki, rozmawiałam z nauczycielami, szukałam korepetytorów. Nigdy nie odmówiłam pomocy. Nawet kiedy byłam zmęczona, zawsze stawiałam ich potrzeby ponad swoje.
Teraz, kiedy ja potrzebuję wsparcia, czuję się jak niepotrzebny mebel. Ostatnio zachorowałam, miałam wysoką gorączkę. Zadzwoniłam do Magdy, poprosiłam, żeby przyjechała. „Mamo, nie mogę, dzieci mają anginę, a Krzysiek jest w delegacji. Może zamów sobie lekarza prywatnie?” – usłyszałam. Zamówiłam. Lekarz przyszedł, zbadał mnie, wypisał receptę. Zapłaciłam 250 złotych, choć każda złotówka się liczy. Nawet wtedy nie zadzwoniła, żeby zapytać, jak się czuję.
Czasem zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo ich rozpieszczałam? Czy za mało wymagałam? Może powinnam była być bardziej stanowcza, nauczyć ich szacunku do starszych? A może to po prostu czasy się zmieniły i teraz każdy myśli tylko o sobie?
Wczoraj spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. Ma siedemdziesiąt osiem lat, mieszka sama, ale jej córka przychodzi do niej co drugi dzień. „Moja Ania zawsze znajdzie czas na herbatę” – powiedziała z dumą. Zazdrościłam jej tej relacji. Zapytałam, jak to zrobiła. „Trzeba rozmawiać, Aniu. Nie bać się mówić, że jest ci źle. Dzieci nie zawsze widzą, co czujemy” – odpowiedziała. Ale ja próbowałam. Mówiłam Magdzie, że mi smutno, że tęsknię. „Mamo, nie przesadzaj, masz przecież znajome, możesz iść na spacer, zapisać się na zajęcia dla seniorów” – usłyszałam. Jakby to było takie proste.
Czasem czuję złość. Na siebie, na dzieci, na cały świat. Przecież nie jestem jeszcze taka stara! Mam 68 lat, mogłabym jeszcze tyle zrobić, gdyby tylko ktoś mnie potrzebował. Ale nikt nie dzwoni, nikt nie pyta, czy czegoś mi trzeba. Nawet w święta czuję się jak piąte koło u wozu. Wigilia u Magdy to szybka kolacja, dzieci patrzą w telefony, a ja siedzę na końcu stołu i czuję się niewidzialna. Kiedyś święta były inne – gwar, śmiech, wspólne pieczenie pierników. Teraz wszystko jest na szybko, bez serca.
Ostatnio próbowałam porozmawiać z Tomkiem. „Synku, czy moglibyśmy się spotkać, tak po prostu, na kawę?” – zapytałam. „Mamo, mam tyle pracy, może w przyszłym tygodniu” – odpowiedział. Minęły trzy tygodnie, nie zadzwonił. Czasem myślę, że gdybym zniknęła, zauważyliby to dopiero po kilku dniach, kiedy ktoś zadzwoniłby z banku, że nie płacę rachunków.
Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. W oknach naprzeciwko widzę rodziny – ktoś gotuje, ktoś się śmieje, dzieci biegają po mieszkaniu. U mnie cisza. Nawet radio gra coraz ciszej, jakby bało się przeszkadzać. Próbuję czytać książki, oglądać seriale, ale nic mnie nie cieszy. Czasem myślę, żeby wyjechać na wieś, zacząć wszystko od nowa. Ale gdzie? Z kim?
Najbardziej boli mnie to, że moje wnuki mnie nie znają. Nie wiedzą, jaka byłam, co lubię, jakie mam marzenia. Dla nich jestem tylko starszą panią, która czasem daje prezent na urodziny. A przecież mogłabym nauczyć Olę robić na drutach, pokazać Stasiowi, jak piec szarlotkę. Ale nikt mnie nie pyta, nikt nie prosi o radę.
Czasem marzę, że pewnego dnia Magda zadzwoni i powie: „Mamo, tęsknię za tobą. Przyjedź do nas, zjemy razem obiad, pogadamy”. Ale wiem, że to tylko marzenie. Może kiedyś zrozumieją, jak bardzo ich kochałam, jak bardzo mi ich brakuje. Może kiedyś zatęsknią za moim głosem, za zapachem mojej kuchni.
Czy naprawdę na to zasłużyłam? Czy tak wygląda wdzięczność za lata poświęcenia? Może powinnam była żyć inaczej, bardziej dla siebie? A może jeszcze nie jest za późno, żeby coś zmienić? Co wy o tym myślicie? Czy warto walczyć o bliskość z rodziną, nawet jeśli wydaje się to beznadziejne?