Nie mój syn, więc po co miałbym się poświęcać?

— Nie mój syn, więc po co miałbym się poświęcać? — te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie jak echo, które nie chciało ucichnąć. Stałem w kuchni, trzymając w rękach kubek z zimną już herbatą, a za ścianą słyszałem głos mojego ojczyma, Andrzeja. Mówił do mojej matki, myśląc, że śpię. Ale ja nie spałem. Od miesięcy spałem coraz mniej.

Miałem wtedy siedemnaście lat i czułem się jak cień w domu, który powinien być moim schronieniem. Mama była zmęczona życiem, a Andrzej… Andrzej nigdy mnie nie zaakceptował. Od kiedy pojawił się w naszym życiu po rozwodzie rodziców, czułem się jak nieproszony gość. Próbowałem być niewidzialny, nie sprawiać kłopotów, nie przeszkadzać. Ale nawet wtedy byłem dla niego ciężarem.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie „obcym”. Miałem wtedy dwanaście lat i rozbiłem przypadkiem jego ulubiony kubek. — Uważaj, gówniarzu! To nie twoje rzeczy! — krzyknął wtedy, a ja uciekłem do swojego pokoju i płakałem w poduszkę. Mama przyszła później, pogłaskała mnie po głowie i powiedziała: — On po prostu musi się przyzwyczaić. Daj mu czas. Ale czas mijał, a Andrzej stawał się coraz bardziej obcy.

W szkole też nie było łatwo. Koledzy wyczuwali moją niepewność, a dzieci potrafią być okrutne. — Ty to masz dwóch ojców czy żadnego? — śmiali się czasem na przerwach. Zazdrościłem im zwykłych rodzinnych obiadów, rozmów przy stole, wspólnych wyjazdów na wakacje. U nas wszystko było na pokaz — uśmiechy dla sąsiadów, zdjęcia na Facebooku, a potem cisza i chłód w domu.

Najgorzej było w święta. Andrzej dawał mi zawsze najtańszy prezent, czasem nawet bez opakowania. Kiedyś dostałem od niego używaną książkę kucharską z dedykacją „Może nauczysz się czegoś pożytecznego”. Mama próbowała to łagodzić, ale jej siły też były na wyczerpaniu. Często widziałem ją płaczącą wieczorami w łazience.

Pewnego dnia wróciłem ze szkoły wcześniej niż zwykle. W przedpokoju usłyszałem kłótnię:
— On nigdy nie będzie moim synem! — krzyczał Andrzej.
— Ale jest moim dzieckiem! — odpowiadała mama drżącym głosem.
— To ty się nim zajmuj! Ja mam dość!

Stałem tam jak sparaliżowany. Chciałem wejść i krzyknąć, że słyszę wszystko, że jestem tuż za drzwiami. Ale nie miałem odwagi. Zamiast tego wyszedłem z domu i błąkałem się po mieście do późna. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o tym, żeby uciec. Żeby zostawić wszystko i zacząć gdzieś od nowa.

Ale gdzie miałbym pójść? Ojciec mieszkał daleko i miał nową rodzinę. Nie było dla mnie miejsca ani tu, ani tam.

Zacząłem coraz częściej zamykać się w sobie. Przestałem rozmawiać z mamą, unikałem Andrzeja jak ognia. W szkole pogorszyły mi się oceny, nauczyciele zaczęli pytać, czy coś się dzieje w domu. Ale co miałem im powiedzieć? Że jestem niewidzialny? Że nikt mnie tu nie chce?

Pewnej nocy usłyszałem płacz mamy. Poszedłem do jej pokoju i zobaczyłem ją skuloną na łóżku.
— Mamo…
Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
— Przepraszam cię, Darek… Przepraszam za wszystko…
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przytuliłem ją tylko mocno i poczułem, że oboje jesteśmy tak samo samotni.

Wkrótce potem Andrzej zaczął coraz częściej znikać z domu. Wracał późno, czasem nie wracał wcale. Mama była coraz bardziej przygaszona, a ja czułem się odpowiedzialny za wszystko — za jej smutek, za ciszę w domu, za własne poczucie winy.

Któregoś dnia mama oznajmiła mi, że Andrzej wyprowadził się na dobre.
— To koniec — powiedziała cicho.
Nie wiedziałem, czy powinienem się cieszyć czy płakać. Z jednej strony poczułem ulgę — już nikt nie będzie mi przypominał codziennie, że jestem „nie jego synem”. Z drugiej strony bałem się tego, co będzie dalej.

Mama zaczęła pracować na dwa etaty. Widzieliśmy się tylko rano i późnym wieczorem. Ja próbowałem ogarnąć szkołę i domowe obowiązki. Czasem wydawało mi się, że dorosłem za szybko.

Minęły miesiące. Zacząłem powoli odbudowywać siebie. Pomogła mi nauczycielka polskiego — pani Kowalska — która zauważyła moją samotność i zaprosiła mnie do szkolnego koła literackiego. Tam pierwszy raz od dawna poczułem się częścią czegoś większego niż własny smutek.

Zacząłem pisać opowiadania o chłopcu szukającym swojego miejsca na świecie. Pisałem o strachu przed odrzuceniem, o tęsknocie za akceptacją, o marzeniu o zwykłym domu pełnym ciepła i śmiechu.

Mama powoli odzyskiwała siły. Czasem wieczorami siadaliśmy razem przy herbacie i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Było inaczej niż kiedyś — mniej słów, więcej zrozumienia.

Dziś mam dwadzieścia dwa lata i patrzę na tamte wydarzenia z dystansem. Wiem już, że rodzina to nie zawsze ludzie związani krwią czy papierami. Czasem to ci, którzy zostają przy tobie mimo wszystko.

Ale wciąż wracam myślami do tamtej nocy i pytam siebie: czy naprawdę można kochać kogoś „nie swojego”? Czy każdy zasługuje na dom — nawet jeśli nie jest idealny?

Może właśnie te pytania są najważniejsze…