W wieku 60 lat zakochałam się na nowo: Czy odważyć się na rozwód, gdy rodzina nie zrozumie?

– Jak mogłaś mi to zrobić? – głos Marka drżał, a ja czułam, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Stałam w kuchni, oparta o blat, patrząc na niego przez łzy. Właśnie wyznałam mu prawdę. Nie mogłam już dłużej udawać.

– Przepraszam… – wyszeptałam, ale wiedziałam, że to za mało. Przepraszam nie naprawi trzydziestu pięciu lat wspólnego życia, nie wymaże wspólnych świąt, narodzin dzieci, cichych wieczorów przed telewizorem.

Marek odwrócił się do mnie plecami. – Wiedziałem, że coś jest nie tak. Od miesięcy jesteś nieobecna. Myślałem, że to przez wiek, przez dzieci, przez wnuki… Ale nie przez niego.

Zamknęłam oczy. W głowie miałam chaos. Jak do tego doszło? Przecież zawsze byłam tą odpowiedzialną, tą „matką Polką”, która wszystko bierze na siebie. A jednak…

Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania w bibliotece. Szukałam książki dla wnuczki, a on – Andrzej – zapytał mnie o drogę do działu historycznego. Uśmiechnął się wtedy tak ciepło, że poczułam się młoda jak nigdy. Przez kilka tygodni widywaliśmy się przypadkiem – w sklepie, na spacerze w parku. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. O książkach, o polityce, o tym, jak bardzo brakuje nam bliskości.

Początkowo myślałam, że to tylko przyjaźń. Ale kiedy Andrzej dotknął mojej dłoni podczas jednej z rozmów w kawiarni, poczułam dreszcz. Takiego dotyku nie czułam od lat. Marek był dobrym mężem, ale od dawna żyliśmy obok siebie. Dzieci dorosły, wyprowadziły się. Zostaliśmy sami w dużym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Każdy dzień wyglądał tak samo: śniadanie, zakupy, sprzątanie, obiad, telewizja, cisza.

Z Andrzejem było inaczej. Rozmawialiśmy godzinami przez telefon, wysyłał mi wiersze Szymborskiej i Miłosza. Czułam się ważna, widziana. Po raz pierwszy od lat ktoś pytał mnie o zdanie i słuchał odpowiedzi.

Pewnego dnia zaprosił mnie do siebie na herbatę. Siedzieliśmy na jego balkonie z widokiem na Wisłę. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie w Lublinie, o tym jak po śmierci żony został sam i jak bardzo boi się samotności. Spojrzał mi wtedy głęboko w oczy i powiedział: – Bożena, jesteś dla mnie kimś wyjątkowym.

Nie wiem kiedy zaczęliśmy się całować. Wszystko działo się jak we śnie – czułość, bliskość, dotyk… Po raz pierwszy od lat poczułam się kobietą.

Ale potem wracałam do domu i ogarniało mnie poczucie winy. Marek był coraz bardziej podejrzliwy. Pytał: – Gdzie byłaś tak długo? Dlaczego nie odbierasz telefonu? – Kłamałam coraz częściej i coraz gorzej.

Najgorsze były spotkania rodzinne. Nasza córka Kasia przyjeżdżała z mężem i dwójką dzieci. Syn Michał dzwonił z Londynu i pytał: – Mamo, wszystko u was dobrze? – Odpowiadałam: – Tak, kochanie, wszystko dobrze…

Ale nie było dobrze. Czułam się rozdarta między dwoma światami: tym starym, bezpiecznym i przewidywalnym oraz nowym – pełnym emocji i ryzyka.

W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam Markowi prawdę.

– To koniec? – zapytał cicho.

– Nie wiem… – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Przez kolejne dni Marek milczał. Chodził po domu jak cień. Ja płakałam nocami do poduszki. Andrzej dzwonił codziennie i pytał: – Bożena, co postanowiłaś? Czy chcesz być ze mną?

Nie umiałam odpowiedzieć. Bałam się reakcji dzieci. Bałam się samotności. Bałam się tego, co powiedzą sąsiedzi.

Pewnego wieczoru Kasia zadzwoniła niespodziewanie:

– Mamo, co się dzieje? Tata jest dziwny przez telefon.

Zawahałam się przez chwilę.

– Kasiu… Ja…

– Mamo! Powiedz mi prawdę!

I wtedy pękłam.

– Zakochałam się w kimś innym – wyszeptałam.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Mamo… Jak mogłaś? – usłyszałam w końcu drżący głos córki.

– Nie wiem… Po prostu… Stało się.

Kasia rozłączyła się bez słowa.

Następnego dnia zadzwonił Michał z Londynu:

– Mama? Co ty wyprawiasz? Tata płacze do słuchawki! Wiesz ile on dla ciebie zrobił?

– Wiem… Przepraszam…

– Myślałem, że jesteście wzorem! A ty…

Nie miałam siły tłumaczyć mu swoich uczuć.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy z Markiem jak obcy ludzie pod jednym dachem. Dzieci przestały dzwonić. Wnuki nie przychodziły na weekendy.

Andrzej nalegał:

– Bożena, musisz podjąć decyzję. Nie mogę być twoim sekretem.

Czułam się jak rozszarpywana na pół. Z jednej strony tęsknota za miłością i bliskością Andrzeja, z drugiej – lojalność wobec Marka i rodziny.

Któregoś dnia Marek przyszedł do kuchni i powiedział:

– Jeśli chcesz odejść – odejdź. Ale pamiętaj: rodzina już nigdy nie będzie taka sama.

Patrzyłam na niego długo. Był zmęczony, postarzały o kilka lat w ciągu tych miesięcy.

Zdecydowałam się na rozmowę z Andrzejem:

– Andrzeju… Nie wiem czy potrafię zostawić wszystko za sobą. Dzieci mnie nienawidzą. Marek cierpi przeze mnie.

Andrzej ujął moją dłoń:

– Bożena, życie jest jedno. Ile jeszcze będziesz żyła dla innych?

Tej nocy nie spałam ani minuty. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym wszystkim co straciłam i co mogę jeszcze zyskać.

W końcu podjęłam decyzję: muszę spróbować żyć dla siebie.

Powiedziałam Markowi o rozwodzie. Płakał długo i głośno jak dziecko.

Dzieci przestały odbierać moje telefony.

Przeprowadziłam się do Andrzeja na Pragę Północ. Nowe mieszkanie było małe i skromne, ale pełne światła i ciepła.

Pierwsze tygodnie były trudne. Tęskniłam za wnukami, za zapachem starego domu, za znajomym szumem telewizora wieczorami.

Ale z każdym dniem uczyłam się żyć na nowo – gotować dla dwojga, spacerować po parku Skaryszewskim trzymając Andrzeja za rękę, czytać książki bez poczucia winy.

Po kilku miesiącach Kasia napisała SMS-a:

„Mamo, tęsknię za Tobą. Może spotkamy się na kawie?”

Serce mi zabiło mocniej.

Spotkałyśmy się w kawiarni na Saskiej Kępie. Kasia płakała długo zanim powiedziała:

– Nadal Cię kocham… Ale nie rozumiem tego wszystkiego.

– Może kiedyś zrozumiesz – odpowiedziałam cicho.

Dziś mam 61 lat i wiem jedno: życie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że wszystko już za nami.

Czy miałam prawo postawić siebie na pierwszym miejscu? Czy egoizm matki może być usprawiedliwiony pragnieniem szczęścia?