Wyrzuciłam syna i jego ciężarną dziewczynę. Nie żałuję ani trochę.
— Mamo, tylko na chwilę — powiedział Paweł, zanim jeszcze zdjął buty.
Stał w drzwiach z wielką torbą, a obok niego Ania, blada, z ręką na brzuchu. Widziałam ten brzuch. I widziałam też coś jeszcze: pewność, że ja to wszystko udźwignę. Jak zawsze.
— „Na chwilę” to było, jak miałeś siedemnaście lat i wróciłeś pijany — odpowiedziałam. — Teraz masz dwadzieścia sześć.
Ania ścisnęła pasek od torby.
— Pani… ja nie mam gdzie iść — wyszeptała.
Paweł wszedł krok dalej, jakby to było oczywiste, że dom jest jego.
— Przecież jesteś moją matką. Co mam zrobić? Wynająć coś? Skąd? Pracy nie ma.
— Pracy nie ma? — parsknęłam. — W twojej głowie nie ma. Dwa lata mówiłeś: „od jutra”. Jutro nigdy nie przyszło.
W kuchni wciąż stał rachunek za prąd, który płaciłam z nadgodzin. W przedpokoju wisiał mój płaszcz, pachnący zmęczeniem. Ja byłam zmęczeniem.
— Nie zaczynaj — warknął Paweł. — Ania jest w ciąży. To twoje wnuczę.
To słowo miało mnie złamać. „Wnuczę”. W Polsce takie słowo działa jak kajdany. Sąsiadki, ciotki, ksiądz w kazaniu: rodzina święta, matka ma obowiązek.
— Wnuczę nie płaci rachunków — powiedziałam spokojnie. — A wy nawet nie próbujecie.
Ania spojrzała na mnie, jakbym ją uderzyła.
— Ja mogę sprzątać, mogę gotować… — zaczęła.
— Nie potrzebuję służącej — przerwałam jej. — Potrzebuję spokoju. I szacunku.
Paweł rzucił torbę na podłogę.
— Czy ty siebie słyszysz? Ludzie cię zjedzą. Co powie babcia? Co powie ciocia Ewa?
— A co powiedzą, jak umrę z przepracowania? — odbiłam. — Też przyjdą na pogrzeb i powiedzą, że „taka była dobra matka”? A ty co wtedy zrobisz? Też powiesz: „mamo, tylko na chwilę”?
Widziałam w nim chłopca, którego kiedyś nosiłam na rękach, gdy miał gorączkę. Widziałam też dorosłego faceta, który nauczył się, że wystarczy podnieść głos i nazwać mnie „matką”, a ja się ugnę.
— Mamo, proszę — powiedział ciszej. — Przecież nie każesz nam iść na ulicę.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie ze złości. Z ulgi, że wreszcie powiem prawdę.
— Właśnie że każę — odpowiedziałam. — Bo jak zostaniecie, to ja już nigdy nie wyjdę z roli, w której wszyscy mnie postawili. Będę wam prać, gotować, płacić, a ty będziesz mówił, że „szukasz pracy”. A potem przyjdzie dziecko i będziecie mówić, że „teraz to już nie wypada”.
Ania zaszlochała.
— Ja… ja myślałam, że pani mnie zrozumie.
— Rozumiem aż za dobrze — powiedziałam. — Też byłam w ciąży i też zostałam sama. Tylko ja wtedy nie miałam do kogo wrócić. I jakoś przeżyłam.
Paweł zrobił się czerwony.
— Czyli co? Karzesz mnie za to, że ojciec cię zostawił?
— Nie. Karzę cię za to, że chcesz, żebym ja była twoim ojcem, matką, bankiem i workiem treningowym w jednym — powiedziałam. — A Anię traktujesz jak argument.
Wzięłam torbę Pawła i podałam mu ją do rąk. Była ciężka. Jak moje lata.
— Macie godzinę — dodałam. — Zadzwonisz do kolegi, do wujka Krzysztofa, gdziekolwiek. Ale nie zostajecie tu.
— Jesteś potworem — syknął.
— Może — odpowiedziałam. — Ale potwór wreszcie śpi w swoim łóżku.
Ania stała nieruchomo, łzy spływały jej po policzkach.
— Paweł… — powiedziała cicho. — Może… może ona ma rację.
To go zabolało bardziej niż moje słowa. Odwrócił się do niej gwałtownie.
— Ty też przeciwko mnie?
— Ja nie przeciwko tobie. Ja za dzieckiem — odpowiedziała. — Za tym, żebyś wreszcie dorósł.
Wyszli. Nie trzaskali drzwiami. To było najgorsze. Cisza po nich była jak pożar, który już zgasł, ale w powietrzu wciąż śmierdzi dymem.
Następnego dnia zadzwoniła ciocia Ewa.
— Jak mogłaś? — zaczęła bez „cześć”. — Ludzie mówią.
— Niech mówią — odpowiedziałam. — Ja wreszcie żyję.
Wieczorem przyszła sąsiadka Halina pod pretekstem cukru.
— Podobno wyrzuciłaś Pawła. Z ciężarną… — szepnęła.
— Tak — powiedziałam i patrzyłam jej prosto w oczy.
Nie zapytała o cukier.
Paweł przez tydzień nie dzwonił. Potem przysłał wiadomość: „Znalazłem robotę. Wynajęliśmy pokój”. Bez „przepraszam”. Bez „dziękuję”. Ale ja i tak poczułam, jakby ktoś zdjął mi z karku kamień.
Czasem w nocy myślę o Ani. O tym, czy ma ciepło. O tym, czy nie płacze. I wtedy zaciskam palce na kołdrze, bo serce chce biec za nimi, a rozum mówi: jeszcze jeden krok w tył i znowu wciągną cię pod wodę.
Nie żałuję. Naprawdę.
Tylko powiedzcie mi: gdzie jest ta granica, kiedy „być dobrą matką” przestaje oznaczać miłość, a zaczyna oznaczać oddawanie własnego życia? I czy wy umielibyście powiedzieć „dość”, gdyby całe miasto krzyczało, że nie wypada?