Zagubiona w cieniu miłości: Historia Magdy, która zapomniała, kim jest

— Magda, co się z tobą dzieje? — głos mamy drżał, a jej spojrzenie było pełne troski i niepokoju. Stałam w kuchni rodziców, zaciśnięte pięści ukrywałam pod stołem. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż krzyk.

— Nic, mamo. Wszystko jest w porządku — odpowiedziałam automatycznie, jakbym recytowała wyuczony wiersz. Ale przecież nic nie było w porządku. Czułam się jak cień samej siebie, jakby ktoś powoli wymazywał mnie z własnego życia.

Mój mąż, Tomek, był kiedyś moim światem. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Był czarujący, ambitny, zawsze wiedział, czego chce. Zakochałam się bez pamięci. Wydawało mi się, że przy nim będę bezpieczna. Po ślubie wszystko się zmieniło.

Na początku były drobne uwagi: „Nie powinnaś tyle rozmawiać z koleżankami”, „Po co ci ta praca? Przecież ja zarabiam wystarczająco”. Potem przyszły zakazy: „Nie idź dziś do mamy, lepiej zostań ze mną”, „Nie ubieraj tej sukienki, nie lubię jej”. Z czasem przestałam spotykać się z przyjaciółkami. Praca? Zrezygnowałam, bo Tomek przekonał mnie, że dom to moje miejsce.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poczułam się naprawdę samotna. Był listopad, szaro i zimno. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na mokre liście spadające z drzew. Tomek wrócił z pracy i rzucił torbę na podłogę.

— Co na obiad? — zapytał bez cienia uśmiechu.

— Zrobiłam zupę dyniową i makaron — odpowiedziałam cicho.

— Znowu dynia? Ile razy mam ci mówić, że nie lubię dyni? — jego głos był zimny jak lód.

Zacisnęłam usta. Chciałam krzyknąć, że przecież nie jestem kucharką, że mam prawo do własnych upodobań. Ale nie powiedziałam nic. Bałam się.

Z czasem przestałam rozpoznawać siebie w lustrze. Moje oczy były puste, włosy matowe, usta zaciśnięte w cienką linię. Rodzice coraz rzadziej mnie widywali. Kiedy przyjeżdżałam do nich na niedzielny obiad, patrzyli na mnie z niepokojem.

— Magda, czy wszystko u was dobrze? — pytał tata.

— Tak, tato. Tomek dużo pracuje, ja też mam sporo obowiązków — kłamałam.

Wiedziałam, że widzą więcej niż mówię. Mama próbowała ze mną rozmawiać na osobności.

— Córeczko, pamiętasz jeszcze, co cię kiedyś cieszyło? — zapytała pewnego razu.

Zaniemówiłam. Nie pamiętałam. Kiedyś kochałam malować, spotykać się z przyjaciółkami w kawiarni na Kazimierzu, śmiać się do łez przy starych polskich komediach. Teraz wszystko wydawało się odległe i nierealne.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Anka — moja najbliższa przyjaciółka jeszcze ze szkoły podstawowej.

— Magda, gdzie ty się podziewasz? Nie odbierasz telefonów, nie odpisujesz na wiadomości! Martwię się o ciebie!

Chciałam jej powiedzieć prawdę: że jestem więźniem we własnym domu, że boję się własnego męża i tego, co ze mną zrobił. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

— Wszystko dobrze, Anka. Po prostu dużo pracy w domu — wymamrotałam.

— Magda… — jej głos był cichy i pełen współczucia — jeśli kiedykolwiek będziesz chciała pogadać… jestem tu.

Po tej rozmowie długo płakałam. Czułam się winna wobec siebie i wszystkich wokół. Dlaczego pozwoliłam Tomkowi przejąć kontrolę nad moim życiem? Dlaczego nie potrafię odejść?

Najgorsze były wieczory. Tomek wracał zmęczony i rozdrażniony. Często wyżywał się na mnie słowami: „Jesteś beznadziejna”, „Nawet obiadu nie potrafisz ugotować”, „Po co ci te książki? I tak niczego nie rozumiesz”.

Zaczęłam wierzyć w jego słowa. Przestałam czytać książki, przestałam malować. Nawet muzyka przestała sprawiać mi radość.

Któregoś dnia mama zadzwoniła do mnie wieczorem.

— Magda, przyjedź jutro do nas na obiad. Proszę cię…

Nie miałam siły odmówić. Pojechałam. Rodzice patrzyli na mnie z bólem w oczach.

— Córciu… — mama ścisnęła moją dłoń — jeśli chcesz wrócić do domu… zawsze możesz to zrobić.

Wybuchłam płaczem. Po raz pierwszy od miesięcy pozwoliłam sobie na słabość. Tata objął mnie ramieniem.

— Magda, nie musisz być silna dla nikogo poza sobą — powiedział cicho.

Wróciłam do domu późno wieczorem. Tomek czekał w salonie.

— Gdzie byłaś tak długo? — zapytał lodowatym tonem.

— U rodziców — odpowiedziałam drżącym głosem.

— Mówiłem ci już, żebyś nie spędzała tyle czasu poza domem! — krzyknął.

Tego wieczoru po raz pierwszy poczułam gniew zamiast strachu. Spojrzałam mu prosto w oczy.

— Mam prawo widywać się z rodziną — powiedziałam stanowczo.

Tomek był zaskoczony moją reakcją. Przez chwilę milczał, potem wyszedł trzaskając drzwiami.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: czy jestem gotowa odejść? Czy dam radę zacząć od nowa?

Następnego dnia zadzwoniłam do Anki.

— Potrzebuję pomocy — wyszeptałam przez łzy.

Anka przyjechała natychmiast. Razem spakowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy i pojechałyśmy do moich rodziców. Tomek dzwonił setki razy, pisał wiadomości pełne wyrzutów i gróźb. Bałam się, ale wiedziałam już jedno: muszę walczyć o siebie.

Minęło kilka miesięcy odkąd odeszłam od Tomka. Nadal uczę się żyć na nowo. Czasem budzę się w nocy z lękiem, ale coraz częściej czuję spokój. Zaczęłam malować obrazy i spotykać się z ludźmi, którzy mnie wspierają.

Często zastanawiam się: jak to możliwe, że pozwoliłam komuś odebrać mi siebie? Czy naprawdę trzeba upaść tak nisko, żeby odnaleźć własną wartość?

A Wy… czy kiedykolwiek czuliście się zagubieni we własnym życiu? Co byście zrobili na moim miejscu?