Zdrada najbliższych: Jak modlitwa uratowała mnie przed rozpaczą

— Basia, musimy porozmawiać — głos mojej siostry Ani drżał, gdy stała w progu mojego mieszkania. Był listopadowy wieczór, deszcz bębnił o szyby, a ja właśnie kończyłam kolację z mężem, Pawłem. Otworzyłam drzwi z uśmiechem, nieświadoma, że za chwilę moje życie rozpadnie się na kawałki.

— Co się stało? — zapytałam, widząc jej zapłakane oczy.

Paweł spojrzał na mnie nerwowo. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, dlaczego.

Ania weszła do środka i usiadła na kanapie. Zaczęła mówić szybko, chaotycznie, jakby bała się, że zabraknie jej odwagi.

— Basia… ja… ja muszę ci coś powiedzieć. Nie mogę już dłużej tego ukrywać. Przepraszam cię…

Zamarłam. Paweł spuścił wzrok. W powietrzu zawisła cisza tak gęsta, że aż bolało.

— O co chodzi? — spytałam cicho.

Ania spojrzała na Pawła, potem na mnie. — My… ja i Paweł… To był tylko jeden raz… Przysięgam! Ale nie mogę żyć z tym kłamstwem…

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Słowa Ani odbijały się echem w mojej głowie: „To był tylko jeden raz”. Mój mąż. Moja siostra. Moje dwie najbliższe osoby.

Wstałam powoli. Czułam, jakby moje ciało nie należało do mnie. — Wyjdźcie — powiedziałam cicho. — Oboje.

Nie pamiętam, jak długo siedziałam potem na podłodze w kuchni. Płakałam tak, jak nigdy dotąd. Przez kolejne dni nie odbierałam telefonów, nie otwierałam drzwi. Mama przychodziła pod mieszkanie i zostawiała mi zupę pod drzwiami. Sąsiadka próbowała zagadywać na klatce schodowej, ale ja byłam jak cień.

Najgorsze były noce. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Dlaczego oni? Dlaczego ja?” Czułam się upokorzona, zdradzona, samotna.

Po tygodniu zadzwoniła mama. — Basiu, chodź do kościoła. Pomodlimy się razem. Nie możesz tak dłużej.

Nie chciałam iść. Ale poszłam. Usiadłam w ostatniej ławce i patrzyłam na płomień świecy przy ołtarzu. Zaczęłam szeptać modlitwę, której nauczyła mnie babcia: „Jezu, ufam Tobie”.

Wtedy coś pękło. Płakałam przez całą mszę. Ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem, ale nie obchodziło mnie to. Po raz pierwszy od tygodni poczułam ulgę.

Zaczęłam chodzić do kościoła codziennie. Modliłam się o siłę, o przebaczenie, o sens tego wszystkiego. Ksiądz Marek zauważył mnie po kilku dniach.

— Basiu, widzę twój ból — powiedział po spowiedzi. — Ale pamiętaj: nawet największa rana może się zagoić, jeśli oddasz ją Bogu.

Nie wierzyłam mu wtedy. Ale wracałam codziennie.

Pewnego dnia spotkałam Anię pod kościołem. Stała skulona pod parasolem.

— Basiu… przepraszam — wyszeptała. — Nie oczekuję przebaczenia. Chciałam tylko ci powiedzieć… że żałuję każdego dnia.

Patrzyłyśmy na siebie długo w milczeniu. Widziałam jej łzy i poczułam coś dziwnego — nie nienawiść, ale żal i pustkę.

— Nie wiem, czy kiedykolwiek ci wybaczę — powiedziałam szczerze. — Ale nie chcę już nienawidzić.

Od tamtej pory zaczęłyśmy rozmawiać rzadko, ostrożnie. Paweł próbował się ze mną kontaktować, pisał listy, dzwonił po nocach. Przepraszał, błagał o drugą szansę.

— Basia… wiem, że zawaliłem wszystko — mówił przez telefon pewnego wieczoru. — Ale kocham cię i chcę to naprawić.

— Nie wiem, czy potrafię ci zaufać — odpowiedziałam drżącym głosem.

W pracy wszyscy wiedzieli o moim dramacie. Koleżanki szeptały za plecami, szefowa patrzyła na mnie z litością.

— Basia, jeśli potrzebujesz wolnego… — zaczęła pewnego dnia.

— Nie chcę wolnego — przerwałam jej stanowczo. — Chcę normalności.

Praca stała się moją ucieczką. Zaczęłam więcej czytać, chodzić na spacery po parku Skaryszewskim, spotykać się z dawnymi znajomymi z liceum.

Najtrudniejsze były święta Bożego Narodzenia. Mama zaprosiła nas wszystkich do siebie.

— Basiu, Ania też będzie…

Zgodziłam się przyjechać tylko dla mamy i taty. Przy stole panowała napięta cisza. Ania siedziała naprzeciwko mnie i unikała wzroku.

W pewnym momencie tata podniósł kieliszek:

— Rodzina to najważniejsze, nawet jeśli czasem ranimy się nawzajem…

Poczułam łzy pod powiekami. Wstałam od stołu i wyszłam na balkon. Za mną wyszła mama.

— Córeczko… życie czasem boli bardziej niż jesteśmy w stanie znieść — przytuliła mnie mocno. — Ale Bóg daje nam tylko tyle cierpienia, ile możemy unieść.

Nie odpowiedziałam nic. Patrzyłam na śnieg spadający na puste ulice Warszawy i myślałam o tym wszystkim, co straciłam.

Minął rok od tamtego wieczoru listopadowego. Dziś mieszkam sama w małym mieszkaniu na Pradze Południe. Z Anią rozmawiam rzadko, ale już bez złości w sercu. Pawła nie widuję prawie wcale.

Codziennie modlę się o siłę i przebaczenie — dla nich i dla siebie samej.

Czasem pytam siebie: czy można naprawdę wybaczyć taką zdradę? Czy wiara wystarczy, by uleczyć złamane serce? Może ktoś z was zna odpowiedź…