Smycz niezgody
— Kuba, wstawaj i wyprowadź Brysia, ja nie jestem robotem! — Wojtek walnął dłonią w stół tak, że kubki z kawą zadźwięczały jak w alarmie.
Zapach przypalonego tosta mieszał się z kawą i mokrą sierścią. Bryś stał przy drzwiach i skomlał, jakby czuł, że dziś nie chodzi o spacer. Za oknem kwietniowe słońce lało się na blokowisko, a na placu zabaw dzieciaki już darły się w najlepsze.
Wyszedłem z pokoju w dresie, z włosami na wszystkie strony.
— Zaraz. Tylko nie krzycz od rana.
— „Zaraz” to ty mówisz od dwóch lat — Wojtek wskazał palcem smycz na krześle. — Masz dwadzieścia trzy. Studia ci opłacaliśmy. Pokój masz. Jedzenie masz. To chociaż psa wyprowadź.
Mama, Anna, stała przy zlewie i udawała, że szoruje kubek, choć już był czysty.
— Wojtek, daj mu…
— Nie, Anka. Dość. — Odwrócił się do mnie. — Albo się ogarniesz, albo się wyprowadzasz.
Smycz leżała jak wyrok. A w kieszeni miałem telefon z nieodpisaną wiadomością od Oli: „Dostałam pracę w Gdańsku. Jedziesz ze mną czy zostajesz z nimi?”
— Wyprowadzić psa to nie jest „ogarnięcie życia” — powiedziałem, bardziej ostro, niż chciałem.
Wojtek parsknął.
— Zawsze musisz postawić na swoim. Jak twoja matka.
Mama w końcu odwróciła się gwałtownie.
— Nie mieszaj mnie w to.
— A kogo mam mieszać? — Wojtek podszedł bliżej. — Ja tyrałem na budowie, żebyś ty mógł „szukać siebie”. A ty co? Noc, komputer, śpisz do południa. Wstyd mi przed ludźmi.
Słowo „ludzie” uderzyło najmocniej. Bo tu wszystko było „przed ludźmi”. Przed sąsiadką Haliną z trzeciego. Przed kumplami Wojtka. Przed rodziną na święta.
— To nie chodzi o ludzi — rzuciłem.
— A o co? — Mama miała czerwone oczy. — Kuba… ja już nie mam siły słuchać, jak on cię poniża. Ale ja też nie dam rady sama wszystkiego ciągnąć.
Bryś zapiszczał, jakby ktoś go nadepnął, choć nikt go nie dotknął. Wojtek złapał smycz i wcisnął mi ją do ręki.
— Idziesz teraz. I jak wrócisz, rozmawiamy. Konkretnie.
Zacisnąłem palce na skórzanym pasku.
— Dobra. Pójdę. Tylko przestań mnie traktować jak dzieciaka.
Wojtek prychnął.
— To przestań się tak zachowywać.
Na klatce schodowej pachniało kapustą i detergentem. W windzie spotkałem Halinę. Popatrzyła na mnie, potem na Brysia.
— O, w końcu pan Kuba wyszedł na powietrze — powiedziała słodko. — Pan Wojtek taki zmęczony ostatnio…
— Dzień dobry — uciąłem.
Na podwórku Bryś szarpał do trawnika, a ja patrzyłem na dzieciaki na placu zabaw. Jedno krzyczało do ojca:
— Tato, popchnij mnie mocniej!
Ojciec pchnął. Dziecko pisnęło ze śmiechu. Zrobiło mi się ciasno w gardle.
Telefon zawibrował. Ola.
„Kuba?”
Odpisałem szybko: „Nie wiem.”
Wtedy zadzwoniła.
— Słyszę po twoim „nie wiem”, że znowu awantura.
— To tylko pies — skłamałem.
— To nigdy nie jest tylko pies. — W jej głosie było zmęczenie. — Ja nie chcę z tobą walczyć o kawałek wolności. Chcę ją mieć.
Bryś nagle stanął i spojrzał na mnie, jakby czekał na decyzję. Smycz napięta. Ja napięty.
— Ola… ja nie mogę zostawić mamy z nim samą — powiedziałem.
— A mnie możesz? — odpowiedziała cicho. — Kuba, ja jutro podpisuję umowę. Albo jedziesz, albo… ja jadę sama.
Wróciłem do bloku szybciej, niż wyszedłem. Schody brałem po dwa stopnie. W mieszkaniu znów pachniało kawą, ale już zimną. Wojtek stał przy oknie i palił, choć obiecywał, że rzucił. Mama siedziała przy stole i trzymała w rękach ściereczkę jak chustkę.
— No? — Wojtek nie odwrócił się. — Wyprowadzone?
— Tak. — Położyłem smycz na stole. — I teraz ja powiem.
Wojtek odwrócił się powoli.
— No to mów.
— Ola dostała pracę w Gdańsku. Chcę jechać z nią.
Mama drgnęła.
— Kiedy?
— Jak najszybciej.
Wojtek uśmiechnął się krzywo.
— Czyli tak. Zostawiasz nas. Bo dziewczyna. Bo zachcianka.
— To nie zachcianka — odpowiedziałem. — To moje życie.
— Twoje życie? — Wojtek podniósł głos. — A ja? A twoja matka? A ten pies? My jesteśmy co? Przystanek?
Mama wstała. Ręce jej drżały.
— Wojtek, przestań.
— Nie będziesz mnie uciszać! — krzyknął. — Ja tu jestem ojcem!
Nie wiem, co we mnie pękło. Może to „ojcem”. Może to papieros w jego palcach. Może to lata, kiedy milczałem, żeby był spokój.
— Ojcem? — powiedziałem cicho, ale twardo. — Ojciec nie straszy własnego syna wyrzuceniem z domu za spacer z psem.
Wojtek zrobił krok w moją stronę.
— Uważaj.
— Nie. Ty uważaj. — Patrzyłem mu w oczy. — Ja się wyprowadzę. Ale nie dlatego, że mnie wyrzucasz. Tylko dlatego, że nie chcę żyć w domu, gdzie wszystko jest „bo ludzie” i „bo wstyd”.
Mama zasłoniła usta dłonią.
— Kuba…
— Mamo, ja cię nie zostawiam. Będę przyjeżdżał. Będę pomagał. Ale nie będę tu mieszkał, żeby Wojtek miał komu rozkazywać.
Wojtek zacisnął szczękę.
— Jak wyjdziesz, to nie wracaj.
Wtedy Mama zrobiła coś, czego nie widziałem nigdy.
Podeszła do Wojtka i powiedziała spokojnie:
— Nie mów za nas oboje.
Cisza była gorsza niż krzyk. Bryś położył łeb na mojej stopie.
Wziąłem smycz z powrotem, jakby była jedyną rzeczą, którą mogę unieść bez bólu.
— Spakuję się wieczorem — powiedziałem.
Wojtek odwrócił się do okna. Mama została przy stole, mała, jakby nagle z niej zeszło całe powietrze.
Wyszedłem do swojego pokoju i zamknąłem drzwi. Po chwili usłyszałem stłumiony głos Mamy:
— Wojtek… on naprawdę odejdzie.
A potem ciszej, prawie szept:
— Może to my go wypchnęliśmy.
Nie wiem, czy ktoś z nas miał rację. Wiem tylko, że jedna smycz potrafiła wyciągnąć na wierzch wszystkie nasze niewypowiedziane długi i żale.
I teraz pytam siebie: czy dorosłość w Polsce zawsze musi zaczynać się od awantury w kuchni?
A wy… kiedy ostatnio wybraliście siebie, mimo że ktoś mówił: „bo rodzina”?