Dlaczego miałabym się teraz przejmować? Poznajcie Andrzeja, Złotego Chłopca: Historia Sabiny i jej matki
– Sabina, nie przeszkadzaj teraz, Andrzej się uczy – usłyszałam, kiedy miałam dziewięć lat i chciałam pokazać mamie rysunek, nad którym pracowałam cały tydzień. Stałam w progu kuchni, ściskając kartkę, a mama nawet nie spojrzała w moją stronę. Andrzej siedział przy stole, rozłożony jak panisko, a mama głaskała go po głowie, jakby był księciem. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem niewidzialna.
Z biegiem lat sytuacja tylko się pogarszała. Andrzej był złotym chłopcem – najlepsze oceny, sukcesy w sporcie, wszyscy nauczyciele go uwielbiali. Mama chodziła na wywiadówki tylko po to, żeby słuchać pochwał na jego temat. Ja? Byłam przeciętna. Nie miałam talentu do matematyki, nie grałam w piłkę, nie byłam nawet ładna. Kiedy dostałam czwórkę z polskiego, mama powiedziała tylko: „A czemu nie piątka, jak Andrzej?”.
Ojciec był cichy, zamknięty w sobie. Pracował na kolei, wracał późno, czasem przynosił mi czekoladę, ale nigdy nie stanął w mojej obronie. W naszym domu wszystko kręciło się wokół Andrzeja. Nawet na święta dostawał lepsze prezenty. Pamiętam, jak w szóstej klasie marzyłam o nowym rowerze. Dostałam używany, a Andrzej – najnowszy model, błyszczący, z przerzutkami. „Bo Andrzej zasłużył”, powiedziała mama.
Z czasem nauczyłam się nie prosić, nie oczekiwać. Zamykałam się w swoim pokoju, czytałam książki, pisałam pamiętnik. Marzyłam, że kiedyś wyjadę, zostawię to wszystko za sobą. Andrzej poszedł na studia do Warszawy, ja zostałam w rodzinnym mieście, bo nie było pieniędzy na dwa akademiki. „Andrzej ma większe szanse, musimy mu pomóc”, tłumaczyła mama.
Po maturze zaczęłam pracować w sklepie spożywczym. Nie było łatwo, ale przynajmniej miałam własne pieniądze. W weekendy odwiedzałam rodziców, choć coraz rzadziej. Andrzej przyjeżdżał tylko na święta, zawsze z nową dziewczyną, zawsze w centrum uwagi. Mama gotowała jego ulubione potrawy, a ja czułam się jak gość we własnym domu.
Kiedy miałam trzydzieści lat, ojciec zmarł na zawał. Mama była załamana, ale nawet wtedy nie potrafiła się do mnie zbliżyć. „Dobrze, że mam Andrzeja”, powtarzała wszystkim sąsiadkom. Andrzej przyjechał na pogrzeb, wygłosił wzruszającą mowę, a potem wrócił do Warszawy. Zostałam z mamą sama.
Przez kolejne lata nasze relacje były chłodne. Pomagałam jej, robiłam zakupy, sprzątałam, ale nigdy nie usłyszałam „dziękuję”. Zawsze była niezadowolona, zawsze porównywała mnie do Andrzeja. „On by to zrobił lepiej”, „Andrzej by się nie spóźnił”, „Andrzej zawsze pamięta o moich imieninach”. A ja? Ja byłam tylko Sabiną, tą drugą.
W zeszłym roku mama zachorowała. Diagnoza: rak trzustki. Lekarze nie dawali jej dużych szans. Andrzej zadzwonił do mnie z Warszawy: – Sabina, musisz się nią zająć. Ja mam pracę, dzieci, nie dam rady. – W jego głosie nie było ani cienia wahania. To było oczywiste, że to ja mam się poświęcić.
Przez kilka miesięcy jeździłam do mamy codziennie. Gotowałam, sprzątałam, podawałam leki. Mama była coraz słabsza, coraz bardziej zgorzkniała. Czasem patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby to była moja wina, że jest chora. – Gdyby Andrzej tu był, byłoby inaczej – powtarzała.
Pewnego dnia, kiedy podawałam jej herbatę, nie wytrzymałam. – Mamo, dlaczego nigdy mnie nie kochałaś tak jak Andrzeja? – zapytałam cicho. Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby pierwszy raz mnie widziała. – Co ty wygadujesz, Sabina? Zawsze byłaś taka przewrażliwiona. Andrzej to Andrzej, ty to ty. – W jej oczach nie było czułości, tylko zmęczenie i rozczarowanie.
Po tej rozmowie coś we mnie pękło. Przestałam się starać. Robiłam tylko to, co konieczne. Przestałam czekać na jej uznanie, na dobre słowo. Andrzej dzwonił coraz rzadziej. Kiedy przyjechał na Wielkanoc, mama rozpromieniła się na jego widok, jakby nagle ozdrowiała. – Andrzejku, jak dobrze, że jesteś! – wołała, a ja stałam w kuchni, zmywając naczynia, niewidzialna jak zawsze.
Teraz, kiedy mama jest już bardzo słaba, rodzina i sąsiedzi pytają mnie, czy nie żałuję, że nie poświęcam jej więcej czasu. – Przecież to twoja matka – mówią. Ale czy matka, która przez całe życie dawała mi do zrozumienia, że jestem gorsza, zasługuje na moją opiekę? Czy mam obowiązek kochać kogoś, kto nigdy nie kochał mnie?
Czasem patrzę na Andrzeja i zastanawiam się, czy on w ogóle rozumie, jak bardzo mnie skrzywdzili. Dla niego wszystko było zawsze proste. Zawsze był tym lepszym, tym ważniejszym. A ja? Ja nauczyłam się żyć bez miłości matki, ale czy to znaczy, że powinnam teraz poświęcić jej resztki siebie?
Może jestem egoistką. Może powinnam wybaczyć. Ale czy naprawdę każda matka zasługuje na opiekę tylko dlatego, że urodziła dziecko? Czy miłość można wymusić obowiązkiem?
Czasem myślę: co by było, gdyby mama choć raz powiedziała „jestem z ciebie dumna, Sabina”? Czy wtedy byłabym inną osobą? Czy wtedy potrafiłabym jej wybaczyć?