Kiedy mój świat zatrzymał się w jeden wieczór, zrozumiałam, że nikt za mnie nie weźmie odpowiedzialności
„Ty w ogóle słyszysz, co ja do ciebie mówię?!” – krzyknęła do mnie przez telefon siostra. „Mama od dwóch godzin nie odbiera, a ty jak zwykle mówisz, że jesteś zajęta”.
A ja stałam wtedy w Biedronce przy kasie z koszykiem, wkurzona, zmęczona po pracy i już gotowa się odgryźć. Bo prawda jest taka, że od kilku miesięcy wszystko wokół mamy było na mnie zrzucane. Recepty, zakupy, lekarz rodzinny, badania w przychodni, odbieranie wyników, latanie do apteki. Siostra mieszka 40 km dalej i uważała, że skoro ja jestem „na miejscu”, to dla mnie to żaden problem. Tylko że ja też mam pracę, dzieci i swoje życie.
Powiedziałam jej wtedy: „To może sama pojedź i sprawdź, zamiast do mnie wydzwaniać z pretensjami?”.
I to jest ten moment, który cały czas wraca mi do głowy, bo gdyby nie sąsiadka, to nie wiem, jak by się to skończyło.
Po dziesięciu minutach zadzwoniła obca kobieta z numeru mamy. Przedstawiła się, że mieszka piętro niżej. Powiedziała: „Przepraszam, że dzwonię, ale chyba jest źle. Pani mama leży w przedpokoju, drzwi były uchylone”.
Nie pamiętam nawet, jak wybiegłam ze sklepu. Zostawiłam zakupy, wybiegłam z parkingu, zadzwoniłam po taksówkę, bo byłam bez auta. W głowie pustka i tylko jedna myśl: że mogłam przyjechać wcześniej, że mogłam nie odkładać tego telefonu.
Na miejscu już było pogotowie. Ratownik zapytał mnie o leki, choroby, PESEL, czy bierze coś na ciśnienie, czy miała wcześniej udar, czy jest uczulona. I wtedy wyszło, jaka jestem „ogarnięta”. Niby wszystko załatwiałam, ale połowy nie wiedziałam. Recepty wykupywałam, ale nie pamiętałam nazw. Wiedziałam, do jakiej przychodni chodzi, ale nie znałam dokładnie historii leczenia. Telefon mi się trząsł tak, że ledwo odblokowałam mObywatela, żeby znaleźć jej dane.
Ratownik spojrzał na mnie i powiedział spokojnie: „Proszę się skupić. Teraz pani musi pomóc”.
A ja miałam ochotę usiąść na podłodze i ryczeć. Zawsze wydawało mi się, że w prawdziwym kryzysie człowiek od razu wie, co robić. Nie wie. Ja nie wiedziałam. Bałam się jak dziecko.
Mamę zabrali na SOR. Ja pojechałam za karetką, siostra dojechała później. I wtedy zaczęła się druga awantura, już na szpitalnym korytarzu.
„Gdybyś częściej do niej zaglądała, może wcześniej byś zauważyła, że coś się dzieje” – powiedziała.
Odpaliłam od razu: „A ty co? Raz na tydzień telefon i wielka córka? Wszystko zawsze na mnie”.
I pewnie ludzie siedzący obok myśleli, że jesteśmy potworami, bo nasza mama leżała za drzwiami, a my się żarłyśmy o to, która mniej zawiniła. Tylko że w tym było też coś prawdziwego. Obie byłyśmy zmęczone i obie od dawna udawałyśmy, że ten system jeszcze działa.
Bo mama od jakiegoś czasu mówiła, że daje radę sama. Nie chciała opiekunki z MOPS-u, nie chciała, żeby ktoś obcy przychodził. Jak proponowałam, żeby założyć jej opaskę alarmową albo chociaż ustawić w telefonie kontakt ICE, obrażała się. „Nie rób ze mnie kaleki” – mówiła.
A ja odpuszczałam, bo było mi wygodniej nie naciskać. Miałam wyrzuty sumienia, ale też ulgę, że nie muszę znowu się z nią kłócić. Siostra z kolei naciskała bardziej, tylko z dystansu. Łatwo jest mówić przez telefon: „musimy coś zrobić”, trudniej regularnie przyjeżdżać.
Lekarz później powiedział, że to nie był udar, tylko nagły spadek ciśnienia i odwodnienie, do tego źle brane leki. Niby ulga, ale tylko częściowa. Bo usłyszałyśmy też, że mama od jakiegoś czasu myli dawki i nie przyjmuje wszystkiego tak, jak powinna.
I tu wyszła rzecz, o której nie miałam pojęcia. Siostra wyciągnęła z torebki kartkę i mówi: „Ja ci chciałam to pokazać już tydzień temu, ale ciągle nie miałaś czasu”. To była rozpiska leków od internisty, z zaznaczonymi zmianami. Mama jej obiecała, że przepisze sobie wszystko do zeszytu. Mnie nic nie powiedziała. Mnie za to wmawiała, że „wszystko jest po staremu”.
Poczułam złość na mamę, na siostrę i na siebie. Bo ja też miałam swój sekret. Dwa miesiące wcześniej pielęgniarka środowiskowa zasugerowała mi, że mama coraz słabiej funkcjonuje i może trzeba pomyśleć o większej pomocy. Nikomu tego nie powiedziałam. Nawet siostrze. Uznałam, że przesadza i że nie będę robiła paniki.
Po kilku godzinach siedziałyśmy z siostrą przy automacie z kawą i pierwszy raz od dawna rozmawiałyśmy normalnie.
Powiedziała cicho: „Ja się po prostu boję, że któregoś dnia będzie za późno”.
Ja jej odpowiedziałam: „Ja też. I dlatego udaję, że jeszcze nie jest tak źle”.
Mama wróciła do domu po dwóch dniach. Już nie sama. Ustaliłyśmy, że na razie przez miesiąc będzie u niej dochodzić opiekunka z prywatnej firmy, bo na miejską pomoc trzeba czekać. Założyłyśmy pudełko na leki z dniami tygodnia, kartkę na lodówce i dodatkowy telefon z dużymi przyciskami. Mama była obrażona. Mówiła, że robimy z niej niesamodzielną staruszkę. Może trochę robiłyśmy. Ale po raz pierwszy żadna z nas nie udawała, że „jakoś to będzie”.
Najgorsze w tym wszystkim było dla mnie odkrycie, że w chwili próby nie poczułam się silna. Byłam przerażona, chaotyczna i spóźniona. A jednak coś zrobiłam, bo nie było wyjścia. Chyba dopiero wtedy człowiek widzi, ile naprawdę unosi, nawet jeśli ręce mu się trzęsą.
Macie podobnie, że człowiek długo wypiera problem, a potem jeden wieczór wszystko ustawia? Jak u was wyglądało dogadanie się w rodzinie przy opiece nad rodzicem?