Zabrałam mamie klucze i telefon, bo bałam się, że stanie się tragedia. Teraz nie odzywa się do mnie prawie cała rodzina
„Oddaj mi klucze. Natychmiast” – tak zaczęła się ta awantura. Stałyśmy z mamą w przedpokoju jej mieszkania w bloku z wielkiej płyty, a ja trzymałam w ręce jej pęk kluczy i telefon. Mama była w kapciach, bez swetra, bo z emocji nawet nie czuła zimna. „Nigdzie dziś nie wyjdziesz” – powiedziałam. I już po minie widziałam, że przekroczyłam coś, czego nie da się łatwo odkręcić.
Mama mieszka sama od śmierci taty. Ja mam swoje M3 na drugim końcu miasta, pracę w przychodni rejestracji na zmiany, męża i nastoletnie dziecko. Przez długi czas wszystko było w miarę normalnie. Mama była uparta, ale samodzielna. Zakupy z Biedronki, apteka, kościół, czasem rynek. Tylko od jesieni zaczęło się robić dziwnie. Najpierw zgubiła portfel i oskarżyła sąsiadkę z piętra, że jej ukradła. Potem dwa razy zostawiła garnek na gazie. Raz zadzwoniła do mnie o 23, żebym natychmiast przyjechała, bo „jacyś ludzie chodzą po mieszkaniu”. Jak przyjechałam, nikogo nie było.
Powiedziałam bratu, że trzeba ją zabrać do lekarza rodzinnego, może do neurologa. On od razu: „Przesadzasz. Starsza osoba ma prawo być rozkojarzona”. Łatwo mu było mówić, bo mieszka 200 km dalej i wpada raz na dwa miesiące. Ja byłam na miejscu. To ja odbierałam telefony od sąsiadki, że mama błąka się po osiedlu i pyta, gdzie jest przystanek, choć mieszka tam od 40 lat.
Ale prawda jest też taka, że nie byłam święta. Zamiast spokojnie z nią rozmawiać, zaczęłam nią zarządzać. Najpierw „dla wygody” zrobiłam sobie dostęp do jej konta w banku, żeby opłacać czynsz do spółdzielni i rachunki. Potem przejęłam recepty przez Internetowe Konto Pacjenta, bo bałam się, że pomyli leki. Wszystko tłumaczyłam troską. Może i słusznie, ale zaczęłam robić to bez pytania. Jakby była już dzieckiem.
Najgorszy dzień był trzy tygodnie temu. Zadzwoniła do mnie obca kobieta. Znalazła mamę na pętli autobusowej, zapłakaną, bez torebki. Mama mówiła, że jedzie do swojej matki. Tylko że babci nie ma od ponad 20 lat. Przyjechałam po nią i w samochodzie mama nagle powiedziała: „Ty mi coś robisz z głową. Chowasz moje rzeczy i potem udajesz, że pomagasz”. Zabolało mnie to bardziej, niż chcę przyznać.
Wieczorem, kiedy zasnęła, przeszukałam szuflady. Znalazłam rachunki zapłacone podwójnie, trzy umowy z jakimiś pokazami garnków i materacy, wypłaty z bankomatu, których nie pamiętała. I kartkę z numerem do jakiegoś pana „od pomocy”. Zadzwoniłam. Okazało się, że to taksówkarz, który kilka razy odwoził ją spod galerii, bo nie wiedziała, jak wrócić. Wtedy spanikowałam.
Następnego dnia zabrałam jej klucze i telefon. Chciałam tylko na dwa dni, do czasu wizyty u lekarza. Naprawdę tak to sobie tłumaczyłam. Powiedziałam: „Posiedzisz u mnie, odpoczniesz, pójdziemy razem do rodzinnego”. A mama zaczęła krzyczeć: „Ja nie jestem ubezwłasnowolniona! Nie wolno ci!”. Mąż szepnął mi w kuchni: „To źle wygląda”. Ale ja już byłam nakręcona. Bałam się, że wyjdzie sama, zginie, odkręci gaz albo wpuści oszusta.
I wtedy wyszło coś jeszcze. Mama powiedziała przy moim dziecku i mężu: „Ty się boisz nie o mnie, tylko o mieszkanie”. Zamarłam. Bo kilka miesięcy wcześniej, przy jednej z naszych kłótni, rzeczywiście powiedziałam coś okropnego. Że skoro i tak wszystko jest na mojej głowie, to chociaż niech jasno zapisze, co z mieszkaniem po niej, żeby potem nie było wojny z bratem. Powiedziałam to ze złości, ale powiedziałam. Ona tego nie zapomniała.
Brat przyjechał tego samego wieczoru. Oczywiście mama zdążyła zadzwonić od sąsiadki, bo telefonu nie miała swojego. Wpadł wściekły. „Kim ty jesteś, żeby jej zabierać rzeczy? Policję ci wezwę”. Ja też wybuchłam: „To ty ją sobie weź i pilnuj codziennie!”. Mama siedziała i płakała. W pewnym momencie powiedziała cicho: „Ja już nie wiem, czego się bardziej boję. Tego, że sobie nie poradzę, czy tego, że wszystko mi zabierzecie”. I to mnie rozwaliło, bo pierwszy raz zabrzmiała nie jak osoba z pretensjami, tylko po prostu wystraszona.
Byliśmy u lekarza rodzinnego. Dostała skierowanie do poradni neurologicznej i na badania, ale terminy są jakie są, wiadomo. Prywatnie też nie wszystko od ręki. Na razie lekarz powiedział tylko, żeby nie zostawiać jej samej na długo i obserwować. Tylko jak to zrobić, nie odbierając jej resztek godności? Brat pojechał, ale teraz codziennie dzwoni i mnie kontroluje. Mama wróciła do siebie, bo u mnie nie chciała zostać. Klucze oddałam, telefon też, ale od tamtej awantury jest między nami mur. Jak przychodzę z zakupami, mówi: „Postaw i idź”. Raz tylko powiedziała: „Gdybyś ze mną rozmawiała, a nie decydowała za mnie, może byłoby inaczej”. I chyba miała rację, choć nadal boję się, że któregoś dnia wydarzy się coś nieodwracalnego.
Nie wiem, gdzie jest granica między opieką a odbieraniem komuś życia po kawałku. Wiem tylko, że chciałam zapobiec tragedii, a narobiłam innego rodzaju szkody. Jak wy byście to rozegrali na moim miejscu? Czy intencja ochrony usprawiedliwia takie przekroczenie granic, czy jednak nie?