Między blokiem babci a własnym domem zgubiłam wszystko, a potem było już za późno
„Ty znowu do niej jedziesz?” – Paweł stał w kuchni z kubkiem zimnej już kawy i patrzył na mnie tak, jakbym co najmniej ogłaszała, że wyprowadzam się z domu.
„A co mam zrobić? Dzwoniła trzy razy. Mówi, że znowu jej się kręci w głowie.”
„A dzieci? Maja ma jutro sprawdzian, Kuba od tygodnia prosi, żebyś z nim usiadła do projektu. W ogóle jesteś jeszcze tutaj z nami?”
To „z nami” zabolało mnie bardziej, niż chciałam pokazać. Bo byłam. Tylko porwana na kawałki.
Pracowałam na etacie w biurze rachunkowym, od ósmej do szesnastej, czasem dłużej, bo wiadomo: koniec miesiąca, PIT-y, telefony, wszystko na już. Po pracy leciałam po dzieci, zakupy, obiad, pranie, życie. A między tym wszystkim była jeszcze babcia Zofia. Samotna, osiemdziesiąt dwa lata, czwarte piętro bez windy na starym osiedlu na Woli. Po śmierci dziadka uparła się, że nigdzie nie pójdzie, żadnego domu opieki, żadnego mieszkania z kimś. „Tu mam swoje rzeczy, swój widok z okna i swoich ludzi” – mówiła. Tylko że tych „swoich ludzi” ubywało.
Moja siostra, Karolina, mieszkała na drugim końcu miasta. Miała jedno dziecko, pracę zdalną i zawsze jakiś powód.
„Anka, no błagam cię, ja mam teraz taki młyn, klient mi siedzi na głowie.”
„Od trzech tygodni masz młyn.”
„A ty myślisz, że ja sobie paznokcie maluję? Ty zawsze robisz ze mnie tę złą.”
I może robiłam. Może za łatwo weszłam w rolę tej odpowiedzialnej. Tej, która ogarnia. Która nie robi scen. Sama sobie to zafundowałam, bo od początku mówiłam: „Dobra, ja podjadę”, „spokojnie, ja załatwię receptę”, „ja zawiozę babcię do przychodni”. Potem już wszyscy uznali, że to naturalne.
Babcia coraz częściej myliła dni. Raz ugotowała zupę i zapomniała wyłączyć gaz. Innym razem wyszła do osiedlowego sklepu po chleb i wróciła po dwóch godzinach, bo nie pamiętała, na którym piętrze mieszka. Lekarz rodzinny rzucił coś o początkach otępienia i dał skierowanie do neurologa na NFZ. Termin? Za osiem miesięcy. Prywatnie nie miałam już z czego.
Paweł niby rozumiał, ale tylko do momentu, kiedy to nie dotykało jego wygody.
„Dom wygląda jak po wojnie, dzieci jedzą parówki trzeci raz w tygodniu, a ty siedzisz u babci i słuchasz, jak opowiada piąty raz to samo.”
„To moja babcia.”
„A to są twoje dzieci.”
Najgorsze jest to, że on też miał trochę racji. Kuba zaczął mówić do mnie: „Mamo, ty ciągle gdzieś jedziesz”. Maja przestała mi pokazywać rysunki, bo „i tak jesteś zajęta”. W nocy siedziałam na kanapie i płakałam po cichu, żeby nikt nie słyszał. Rano nakładałam tusz do rzęs i udawałam, że daję radę.
Babcia była coraz bardziej nerwowa. Potrafiła na mnie nakrzyczeć, że kradnę jej pieniądze, a po chwili łapała mnie za rękę i pytała, czy zostanę na noc. Nie zostawałam. Zawsze było coś. Dzieci, praca, Paweł obrażony przez pół wieczoru, rachunki, życie.
Ten dzień pamiętam co do minuty. Karolina miała akurat przyjechać do babci, pierwszy raz od chyba miesiąca. Ja byłam w pracy, telefon miałam wyciszony, bo siedziałam na spotkaniu. Oddzwoniłam po czterdziestu minutach.
„Anka, gdzie ty jesteś?!” – wrzeszczała.
„W pracy. Co się stało?”
„Babcia spadła w łazience. Leży, chyba uderzyła głową. Drzwi były zamknięte, sąsiad pomógł wejść.”
Nie pamiętam drogi do szpitala. Pamiętam tylko zapach mokrej kurtki, bo padało, i ten ścisk w gardle, jakby ktoś wsadził mi tam kamień. Babcia była przytomna, ale splątana. Złamanie biodra, krwiak, odwodnienie. Lekarz spojrzał na nas takim zmęczonym wzrokiem, jakby widział to codziennie.
„Ona nie powinna być sama.”
Nikt nic nie powiedział. Karolina patrzyła w podłogę. Ja miałam ochotę krzyknąć, że przecież próbowałam, że nie da się być w dwóch miejscach naraz, że może gdyby ktoś mnie raz odciążył… Ale nic nie powiedziałam. Bo w tym jednym zdaniu było wszystko.
Po operacji babcia już nie wróciła do siebie. Leżała trzy tygodnie, potem doszło zapalenie płuc. Siedziałam przy niej po pracy, głaskałam ją po ręce i słuchałam jej urywanych zdań.
„Nie gniewaj się, że marudzę… ja już się boję sama wieczorem.”
Do dziś mnie to rozwala. Bo ona nie potrzebowała tylko zakupów, leków i opłaconych rachunków. Ona się po prostu bała. A my wszyscy zamieniliśmy jej starość w grafik dyżurów, pretensje i odbębnianie obowiązku.
Umarła w poniedziałek nad ranem. Dzień wcześniej Paweł zapytał, czy wrócę na obiad do domu. Pamiętam, że się na niego wydarłam przy dzieciach. Karolina na pogrzebie płakała najmocniej, a ja czułam głównie pustkę i wstyd. Też za siebie. Bo łatwo mi dziś mówić, że zostałam z tym sama, ale prawda jest taka, że za długo udawałam silną i sama nie umiałam powiedzieć: „Nie daję rady. Pomóżcie albo podejmujemy inną decyzję”.
Po śmierci babci przez kilka tygodni nie mogłam wejść do jej mieszkania. Potem pojechałam posprzątać. Na stole leżały okulary, niedopita herbata w kubku w maki i kartka moim pismem: „Babciu, zupa w lodówce. Wezmę ci recepty jutro”. To „jutro” już nie przyszło.
Czasem myślę, że wszyscy ją kochaliśmy, tylko każdy na swój wygodny, niepełny sposób. I może właśnie to boli najbardziej.
Powiedzcie, jak to powinno wyglądać? Kiedy opieka jest jeszcze miłością, a kiedy już tylko listą zadań odhaczanych w biegu?
I czy da się wybaczyć rodzinie, skoro najtrudniej wybaczyć potem samej sobie?