Usłyszałam od męża, że „kiedyś bardziej o siebie dbałam” — i wtedy coś we mnie pękło
„Mogłabyś się w końcu za siebie wziąć, bo po tych ciążach już całkiem odpuściłaś” — powiedział Paweł, stojąc przy lodówce, jakby komentował pogodę, a nie mnie.
Stałam przy zlewie, z rękami w pianie po kolacji, młodsza córka darła się w krzesełku, starszy syn ciągnął mnie za bluzę, bo nie mógł znaleźć klocka, a ja przez chwilę naprawdę nie wiedziałam, czy dobrze usłyszałam.
Odwróciłam się i tylko na niego patrzyłam.
— Co ty powiedziałeś?
Wzruszył ramionami.
— No co? Przecież mówię normalnie. Kiedyś bardziej o siebie dbałaś.
Normalnie. To słowo do dziś mnie gotuje.
Mieszkamy w trzypokojowym bloku na kredyt pod Poznaniem. Rata skoczyła nam dwa razy, ceny w sklepie wiadomo jakie, a my od czterech lat jedziemy właściwie na mojej organizacji i jego przekonaniu, że „przecież pracuje”. Ja też pracuję, tylko że z domu, na pół etatu, na umowie zlecenie, między drzemką młodszej a odrabianiem zadań starszego. Do tego przedszkole, przychodnia, szczepienia, zakupy, pranie, gotowanie, te wszystkie niewidzialne rzeczy, które same się niby robią.
Paweł wychodzi rano, wraca po siedemnastej i uważa, że skoro zarabia więcej, to jego główny obowiązek jest „utrzymać rodzinę”. Z dziećmi jest głównie wtedy, kiedy akurat ma ochotę wrzucić zdjęcie na rodzinnego messengera albo zabrać syna na plac zabaw na czterdzieści minut i wrócić jak bohater.
A ja? Ja od dwóch lat nie przespałam porządnie nocy.
Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz jadłam ciepły obiad bez wstawania trzy razy od stołu.
Po drugiej ciąży zostało mi dwanaście kilo. Niby nic strasznego, ale nie chodziło tylko o wagę. Ja przestałam się sobie podobać. Wchodziłam pod prysznic i odwracałam wzrok od lustra. Tylko że nawet wtedy nie bolało mnie to tak, jak zabolało mnie jego spojrzenie. Chłodne. Oceniające. Jakby zapomniał, skąd się wzięło to moje ciało.
— Serio? — zapytałam. — Serio mówisz mi to po całym dniu, kiedy nawet nie zapytałeś, czy ja w ogóle usiadłam?
— O Jezu, Marta, znowu dramatyzujesz. Powiedziałem tylko, że mogłabyś coś ze sobą zrobić. Dla siebie też.
Dla siebie. Jasne.
Wtedy wybuchłam. Nie tak ładnie i spokojnie, jak w tych wszystkich poradnikach. Po prostu zaczęłam mówić, a potem już prawie krzyczeć. O tym, że „dla siebie” to ja bym chciała pójść sama do sklepu i nie słyszeć co pięć minut „mamo”. Że chciałabym umyć włosy bez pośpiechu. Przespać noc. Pójść do lekarza, zanim termin w NFZ minie za pół roku. Usiąść z kawą i nie mieć wyrzutów sumienia.
Powiedziałam mu też, że od miesięcy czuję się bardziej jak pomoc domowa i opiekunka niż żona.
Paweł zacisnął szczękę.
— To może od razu powiedz, że jestem najgorszy.
— Nie. Jesteś wygodny.
To go trafiło.
Trzasnął szafką tak mocno, że młoda się rozpłakała na dobre. Syn stanął w drzwiach i patrzył na nas szeroko otwartymi oczami. I wtedy przyszło do mnie coś jeszcze gorszego niż złość. Wstyd. Że zrobiliśmy im taki dom. Taki, gdzie wszystko jest na styk, nawet nerwy.
Wieczorem próbował „pogadać”. Usiadł na brzegu łóżka, nawet nie spojrzał na mnie od razu.
— Przesadzasz. Każda matka jest zmęczona.
Ja już wtedy byłam pusta.
— Każda? A każdy ojciec mówi żonie, że się zapuściła?
— Nie o to mi chodziło.
— To o co?
I wiecie co? On sam chyba nie wiedział. Mieszał się. Że też jest zmęczony. Że ma presję w pracy. Że boi się o kredyt. Że między nami już dawno „nie ma chemii”. Że tęskni za mną sprzed dzieci.
Zabolało, ale najgorsze było to, że kawałek mnie rozumiał, co on mówi. Bo ja też tęskniłam za sobą sprzed dzieci. Tylko że ja tej dawnej siebie nie porzuciłam z lenistwa. Ja ją odłożyłam na później, między pieluchy, inhalacje, zebrania w przedszkolu i pilnowanie, żeby starczyło do pierwszego.
A potem powiedział coś, czego nie umiem zapomnieć.
— Inne kobiety jakoś ogarniają dzieci, dom i jeszcze wyglądają.
Cisza po tym zdaniu była gorsza niż krzyk.
Poczułam, jak mnie zalewa zimno. Jakbym stała obok siebie i patrzyła na kobietę, która przez lata robiła wszystko, żeby to działało, a na końcu dostała ocenę. Jak w szkole. Za mało. Do poprawy.
Rano spakowałam dzieci i pojechałam do mojej mamy. Nie na zawsze. Chyba. Po prostu nie mogłam patrzeć na jego normalność. Na to, że on zrobił sobie kawę, ubrał się do pracy i żył dalej, jakby poprzedni wieczór był zwykłą sprzeczką o nic.
Mama oczywiście swoje.
— Nie przesadzaj, mężczyźni są głupi, ale żeby od razu się wyprowadzać? Co ludzie powiedzą?
No właśnie. Co ludzie powiedzą. U nas wszystko można przecierpieć, byle sąsiedzi nie mieli tematu na klatce.
Siedzę u mamy trzeci dzień. Paweł pisze, że przesadził, ale też że ja „szukam problemu”. Raz przeprasza, raz się obraża. Wczoraj zapytał, kiedy wrócę, bo on „też nie może brać wszystkiego na siebie”. Przeczytałam to kilka razy i aż się roześmiałam. Takim śmiechem, po którym chce się płakać.
Najgorsze jest to, że ja też nie jestem bez winy. Za długo milczałam. Udawałam twardą. Zamiast mówić, że nie daję rady, zaciskałam zęby i czekałam, aż się domyśli. A on się nie domyślił. Bo było mu wygodnie.
Tylko czy to jeszcze da się naprawić, jeśli ktoś, kto powinien być najbliżej, sprawił, że zaczęłam się brzydzić sama sobą?
Powiedzcie mi szczerze — to ja robię z tego za duży problem, czy po takich słowach naprawdę coś pęka już na amen?