Mama kazała nam z siostrą wynosić się z domu. Rok później usłyszałam prawdę, której wcale nie chciałam znać
„Macie miesiąc, żeby się wyprowadzić”.
Mama powiedziała to przy zlewie, w starym dresie taty, jakby rzucała tekst o tym, że skończył się płyn do naczyń. Nawet się nie odwróciła. Ja stałam z kubkiem herbaty, a moja siostra Karolina aż odłożyła kanapkę i tylko patrzyła na nią z otwartymi ustami.
„Mamo, ale co ty mówisz?”
„To, co słyszysz. Chcę być sama. Potrzebuję przestrzeni”.
Minęły cztery miesiące od śmierci taty. Cztery. Jeszcze nawet nie ogarnęłyśmy wszystkich papierów po ZUS-ie, jeszcze jego kurtka wisiała w przedpokoju, jeszcze ludzie na klatce mówili nam to swoje okropne „trzymajcie się”. A ona po prostu kazała nam się wynosić.
Mam na imię Paulina, mam dwadzieścia siedem lat. Pracowałam wtedy w salonie optycznym na etacie, ale za takie pieniądze, że po opłaceniu biletu miesięcznego i raty za telefon zostawało mi niewiele. Karolina miała dwadzieścia dwa lata, studiowała dziennie i dorabiała na umowie zleceniu w kawiarni. Mieszkałyśmy z mamą w trzypokojowym mieszkaniu w bloku na dużym osiedlu w Poznaniu. To nie było luksusowe życie, ale było nasze.
A potem nagle już nie było.
Na początku myślałam, że mama mówi tak z bólu. Że się pokłócimy, popłacze, trzaśnie drzwiami i jej przejdzie. Tylko że jej nie przeszło. Następnego dnia zostawiła nam na stole kartkę. Krótko: że decyzja jest ostateczna, że mamy sobie poradzić, bo jesteśmy dorosłe, i że ona „już dłużej nie może oddychać w tym domu”.
Karolina usiadła na podłodze w kuchni i zaczęła ryczeć.
„To jest jakiś żart? Po tym wszystkim?”
A ja, głupia, dalej próbowałam być tą rozsądną.
„Spokojnie. Pogadamy z nią wieczorem”.
Nie pogadałyśmy. Mama wróciła późno, zamknęła się w swoim pokoju i nie otworzyła, nawet jak pukałyśmy. Potem przez kilka dni zachowywała się jak lokatorka. Mijała nas w przedpokoju, robiła sobie kawę, wychodziła. Zero rozmowy, zero tłumaczenia. Tylko chłód.
Byłam na nią wściekła, ale też, co tu dużo mówić, dumna jak osioł. Zamiast usiąść i powiedzieć: „Mamo, chyba sobie nie radzisz, chodźmy po pomoc”, ja poszłam w twardą minę. Bo jak ktoś cię odrzuca, to nie chcesz jeszcze błagać o resztki ciepła.
Zaczęło się poniżające szukanie czegokolwiek. Pokój dla dwóch osób? Absurd. Kawalerka? Ceny z kosmosu. Wszędzie kaucja, prowizja, umowa okazjonalna, właściciele kręcą nosem, bo jedna studentka, druga zarabia średnio. Przez chwilę mieszkałyśmy u ciotki Ireny na rozkładanej kanapie, ale po dwóch tygodniach już było czuć, że jesteśmy „na chwilę”, tylko ta chwila robi się za długa.
„Dziewczyny, wiecie… ja was kocham, ale ja też potrzebuję spokoju” — powiedziała któregoś wieczoru, mieszając zupę, nawet na nas nie patrząc.
No jasne. Każdy potrzebował spokoju. Tylko my nie miałyśmy gdzie go mieć.
W końcu wynajęłyśmy maleńki pokój i mikrokawalerkę podzieloną tak, że łóżko prawie wchodziło do aneksu. Spałyśmy na zmianę normalnie i byle jak, kłóciłyśmy się o pieniądze, o zmywanie, o to, kto bardziej ma dość. Karolina zawaliła jeden semestr. Ja brałam nadgodziny, potem jeszcze robiłam paznokcie znajomym po pracy, żeby dopiąć budżet. I codziennie pisałam do mamy.
Na początku: „Oddzwoń”.
Potem: „Mamo, co się dzieje?”
Później już tylko: „Żyjesz?”
Nie odpisywała. Nie odbierała. Na święta wysłałam jej zdjęcie pustego talerza przy stole i wiadomość: „Brakuje cię”. Cisza.
Najgorsze było to, że człowiek jednocześnie nienawidzi i tęskni. Ja ludziom mówiłam, że mam ją gdzieś, że skoro wybrała samotność, to proszę bardzo. A nocami odpalałam stare nagrania głosowe, gdzie pyta mnie, czy kupić chleb.
Po roku zadzwoniła do mnie sąsiadka mamy, pani Danuta.
„Paulinka, przyjedź. Twoja mama była dziś u mnie i… coś jest bardzo nie tak”.
Pojechałyśmy z Karoliną od razu. Mama siedziała w kuchni chudsza chyba o dziesięć kilo, z pustym wzrokiem. Na stole leżały tabletki, jakieś skierowania, kartka z poradni zdrowia psychicznego. Pani Danuta powiedziała nam po cichu, że od miesięcy bywało źle. Że mama prawie nie wychodziła, płakała po nocach, gadała do zdjęcia taty, potem nagle wpadała w szał, że wszyscy chcą jej zabrać powietrze. I że w końcu trafiła do psychiatry.
Mama długo nie mogła na nas spojrzeć.
„Bałam się was” — powiedziała w końcu.
Karolina aż się zaśmiała, takim śmiechem, od którego robi się zimno.
„Nas? Serio? To my zostałyśmy wywalone z domu”.
Mama ścisnęła kubek tak mocno, że myślałam, że go rozgniecie.
„Jak patrzyłam na was, widziałam ojca. Wasze oczy, miny, to, jak chodziłyście po domu. Dusiłam się. Nie umiałam być matką. Nie umiałam nawet być człowiekiem. Myślałam, że jak zostanę sama, to to przejdzie. A tylko wszystko rozwaliłam”.
I wtedy pierwszy raz od roku się rozpłakała. Tak naprawdę. Nie ładnie, nie cicho. Po prostu się posypała.
Przepraszała nas chyba z dziesięć razy. Za to, że nas zostawiła. Za ciszę. Za tchórzostwo. Za to, że kazała nam płacić za jej żałobę.
Słuchałam tego i czułam wszystko naraz. Żal, złość, współczucie, obrzydliwe poczucie winy, że może naprawdę nie widziałam, jak źle z nią było. A z drugiej strony — jak miałam widzieć, skoro ona zatrzasnęła nam drzwi przed nosem?
Od tamtego dnia mamy jakiś kontakt. Ostrożny. Czasem idę z nią do przychodni, czasem pomagam jej ogarnąć recepty, czasem pijemy herbatę i gadamy o głupotach, jakbyśmy obie bały się dotknąć tego, co najgorsze. Karolina jest chłodniejsza. Odbiera telefony, ale nie przytula mamy, nie mówi do niej „mamuś”. I w sumie jej się nie dziwię.
Mama chce, żebyśmy kiedyś „wróciły do normalności”. Tylko jaka to ma być normalność? Ta sprzed śmierci taty już nie istnieje. Ta po wszystkim jest posklejana taśmą i trzyma się ledwo.
Wiem, że choroba i żałoba potrafią człowieka złamać. Wiem też, że można cierpieć i jednocześnie bardzo skrzywdzić innych.
Tylko czy da się naprawdę wybaczyć matce, że w najgorszym momencie przestała być domem?
I czy to ze mną jest coś nie tak, skoro nadal jej współczuję, ale jak słyszę słowo „przepraszam”, to dalej mnie ściska w gardle?