Teściowie dali nam pieniądze na mieszkanie. Moja mama przyniosła kopertę z emerytury, a ja powiedziałam coś, czego nie potrafię cofnąć
Odsunęłam kopertę po kuchennym stole tak gwałtownie, że strąciłam mamie okulary. Upadły obok jej torby z pojemnikami na jedzenie. Mama schyliła się po nie, a ja zamiast pomóc, patrzyłam na wystające z koperty banknoty. Czterysta złotych. Tyle przyniosła do naszego nowego mieszkania.
Jeszcze chwilę wcześniej wyjmowała gołąbki i pytała, czy mamy już firanki. Ja miałam przed oczami przelew od rodziców Michała: osiemdziesiąt tysięcy na wkład własny. Potem zapłacili też za kuchnię, lodówkę i pralkę.
— Schowaj to, mamo. Naprawdę. Co my za to kupimy?
Powiedziałam to takim tonem, jakim czasem odzywałam się do nieuprzejmej klientki w pracy. Dopiero kiedy mama znieruchomiała, usłyszałam samą siebie.
Ale nie przeprosiłam. Jeszcze nie.
Od miesięcy wszystko przeliczałam. Ratę kredytu, opłaty, koszt wesela, na którym połowę gości stanowili krewni Michała. Jego rodzice dołożyli do sali dwadzieścia tysięcy. Mama kupiła mi suknię z wyprzedaży i zapłaciła za poprawki. Wtedy byłam jej wdzięczna. Później, przy kolejnych rozmowach o pieniądzach, zaczęłam ten prezent pomniejszać.
Najgorsze, że nikt wprost nie powiedział mi, że moja rodzina jest gorsza.
Teściowa potrafiła jednak westchnąć przy obiedzie:
— Dobrze, że chociaż my możemy was porządnie wesprzeć.
Niby zwykłe zdanie. Uśmiechałam się, a potem przez pół drogi do domu milczałam. Michał pytał, co się stało. Odpowiadałam, że nic. Złość zanosiłam mamie.
Mama przez trzydzieści lat pracowała w szkolnej kuchni. Po śmierci taty zostałyśmy same. Pamiętam jej popękane dłonie, dodatkowe sprzątanie klatek, moje zimowe buty kupowane zamiast jej płaszcza. Wszystko pamiętałam. Tylko jakoś… przy tych rozmowach o przelewach to mi znikało.
Miała dwa tysiące czterysta emerytury, mieszkanie komunalne i leki na serce. Wiedziałam, że nie ma oszczędności. A jednak nosiłam w sobie pretensję, jakby ukrywała przede mną pieniądze i po prostu nie chciała dać.
— Możesz odłożyć na lekarstwa — dodałam, wskazując kopertę. — My sobie poradzimy. Jak zawsze dzięki rodzicom Michała.
Mama podniosła okulary. Jedno zauszniki było wygięte. Próbowała je wyprostować paznokciem.
— Przecież przychodziłam wam sprzątać po remoncie.
— Mamo, sprzątaniem nie zapłacimy za mieszkanie.
Zapadła cisza. Za ścianą ktoś wiercił. Ten dźwięk pamiętam dokładniej niż własny oddech.
— To powiedz mi, Aniu, ile kosztowało wychowanie ciebie? — zapytała. — Mam wyliczyć? Czy tamto już się nie liczy?
— Nie o tym mówię.
— Właśnie o tym. Odkąd masz bogatych teściów, ciągle się przede mną krzywisz.
Zabolało, bo trafiła. Ale zamiast się zatrzymać, powiedziałam najgorsze:
— Wstyd mi, że oni dają wszystko, a ty zawsze możesz tylko przyjść z obiadem.
Mama włożyła kopertę do torby. Powoli, obiema rękami. Potem zaczęła pakować gołąbki.
— Zostaw jedzenie — wymamrotałam.
— Nie. Nie będziesz przecież jadła tego ze wstydem.
W przedpokoju minęła Michała, który właśnie wrócił z marketu. Nie spojrzała na niego. Powiedziała tylko, że musi zdążyć na autobus.
Mąż postawił zakupy na podłodze.
— Co jej zrobiłaś?
To pytanie mnie rozsierdziło. Krzyczałam, że łatwo mu oceniać, kiedy jego rodzice zawsze wyciągają kartę. Że ja też chciałabym choć raz nie czuć się tą biedniejszą.
Wysłuchał mnie do końca.
— Ale to nie twoja mama cię tak traktuje — powiedział. — I nie musisz się przy moich rodzicach tłumaczyć z jej emerytury.
Wieczorem zadzwoniłam trzy razy. Nie odebrała. Następnego dnia pojechałam do niej po pracy. W kuchni suszyły się umyte woreczki śniadaniowe. Mama zawsze używała ich ponownie. Kiedyś mnie to śmieszyło. Tego dnia nie mogłam na nie patrzeć.
— Przepraszam — powiedziałam od progu. — Byłam podła. Nie zasłużyłaś na to.
Nie przytuliła mnie.
— Wiem, że nie zasłużyłam.
Usiadłyśmy przy stole. Próbowałam tłumaczyć presję, kredyt, uwagi teściowej. Mama słuchała, ale w końcu odsunęła kubek.
— Rozumiem, że ci ciężko. Tylko dlaczego ja mam za to obrywać?
Nie miałam odpowiedzi.
Od tamtej rozmowy minęły dwa miesiące. Mama odbiera telefon, pyta o pracę. Nie przychodzi bez zaproszenia. Kiedy proponuję niedzielny obiad, czasem mówi, że ma już plany. Nie wiem, czy naprawdę ma. Nie wypytuję.
Poprosiłam też teściową, żeby przestała porównywać pomoc obu rodzin. Obraziła się. Tym razem nie pobiegłam do mamy z pretensjami.
Nadal spłacamy kredyt. Nadal martwię się pieniędzmi. A kiedy gotuję za dużo zupy, odruchowo chcę zadzwonić do mamy i zaprosić ją na jutro. Potem przypominam sobie, że może odmówić.
Przeprosiłam szczerze, ale ona wciąż ostrożnie dobiera przy mnie słowa. Ile czasu potrzeba, żeby matka przestała się bać, że znów okaże się dla córki niewystarczająca?