Ostatnia kromka chleba – Cisza matki w polskiej rzeczywistości
— Mamo, a będzie dziś kolacja? — zapytał cicho Michał, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami. Stałam przy kuchennym stole, opierając się o zimny blat, a w dłoniach ściskałam ostatnią kromkę chleba. W lodówce światło odbijało się od pustych półek. Zegar na ścianie wybijał dziewiętnastą, a ja czułam, jak każda sekunda wbija się we mnie jak szpilka.
— Zaraz coś wymyślę, kochanie — odpowiedziałam, starając się, by mój głos nie zadrżał. Ola już spała na kanapie, przykryta cienkim kocem. Michał był starszy, rozumiał więcej. Wiedział, że od kilku dni w domu jest coraz mniej jedzenia. Wiedział też, że tata nie wróci dziś wcześniej z pracy, bo od kiedy zamknęli jego warsztat samochodowy na Pradze, bierze każdą fuchę, jaką tylko znajdzie.
Przez chwilę stałam bez ruchu, patrząc na tę jedyną kromkę chleba. W głowie miałam tysiące myśli: co powiem dzieciom? Jak długo jeszcze dam radę udawać przed nimi, że wszystko jest w porządku? Przypomniałam sobie rozmowę z mamą sprzed tygodnia:
— Aniu, może przyjedziecie do nas na wieś? Tu zawsze coś się znajdzie do jedzenia…
Ale ja nie chciałam wracać. Warszawa miała być naszym nowym początkiem. Mieliśmy tu lepsze życie zacząć. A teraz?
Michał podszedł bliżej i przytulił się do mnie. Poczułam jego chude ramiona i ciepło policzka na moim brzuchu.
— Mamo, nie martw się. Ja nie jestem aż tak głodny.
Zacisnęłam powieki. Nie mogłam pozwolić sobie na łzy przy nim. Musiałam być silna. Dla niego. Dla Oli. Dla siebie.
Wzięłam głęboki oddech i podzieliłam kromkę chleba na dwie części. Jedną dałam Michałowi, drugą zostawiłam dla Oli na rano. Sama nie zjadłam nic.
— Dziękuję, mamo — szepnął Michał i usiadł przy stole. Jadł powoli, jakby chciał, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.
Kiedy dzieci spały, usiadłam na podłodze w kuchni i pozwoliłam sobie na cichy płacz. W głowie słyszałam głos męża:
— Anka, damy radę. Musimy być silni dla dzieci.
Ale czy naprawdę damy radę? Ile jeszcze takich wieczorów przed nami?
Następnego dnia rano poszłam do sklepu spożywczego pod blokiem. Stałam przed półkami i liczyłam drobniaki w kieszeni. Kasjerka spojrzała na mnie z politowaniem.
— Pani Aniu, może zapiszę pani chleb na zeszyt? — zaproponowała cicho.
Poczułam wstyd. Zeszyt długów był czymś, czego obiecałam sobie nigdy nie mieć. Ale Ola potrzebowała śniadania do przedszkola. Michał musiał mieć coś do szkoły.
— Dziękuję… — wyszeptałam i schowałam chleb do torby.
W drodze do domu spotkałam sąsiadkę z trzeciego piętra.
— Jak dzieci? — zapytała.
— Dobrze… — skłamałam odruchowo.
— Słyszałam, że twój mąż szuka pracy…
— Tak…
— Wiesz… u mojej siostry w sklepie szukają kogoś do pomocy na zapleczu. Może spróbujesz?
Poczułam ulgę zmieszaną z upokorzeniem. Pracowałam kiedyś w biurze rachunkowym, miałam ambicje, plany… Teraz byle praca była ratunkiem.
Wieczorem usiedliśmy razem przy stole. Michał opowiadał o szkole:
— Pani powiedziała, że będzie wycieczka do teatru… Ale kosztuje pięćdziesiąt złotych…
Spojrzałam na męża. Widziałam w jego oczach to samo co w swoich — bezradność i strach.
— Zobaczymy, synku — powiedział cicho.
Po kolacji (tym razem była już zupa z ziemniaków i marchewki) usiadłam z mężem na balkonie.
— Anka… przepraszam cię za to wszystko — wyszeptał Marek.
— Nie przepraszaj. Razem w to weszliśmy… razem wyjdziemy — odpowiedziałam, choć sama nie byłam tego pewna.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o przyszłości dzieci. O tym, czy będą pamiętać te dni biedy jako czas wstydu czy może jako czas naszej bliskości?
Czasem zastanawiam się: ile matek w Polsce płacze po cichu nocami? Ile z nas dzieli ostatnią kromkę chleba między dzieci? Czy kiedykolwiek przestaniemy się tego wstydzić?