Bilety do teatru w ostatniej chwili – prezent czy nietakt? Historia o przyjaźni, oczekiwaniach i granicach

– Co to jest?! – krzyknęłam, patrząc na kopertę leżącą w skrzynce. Było już po siedemnastej, a ja właśnie wróciłam z pracy, zmęczona, z głową pełną spraw. W środku znalazłam dwa bilety do Teatru Polskiego na spektakl „Dziady” – na dziś, na godzinę dziewiętnastą. Do biletu dołączona była karteczka: „Emilka, wiem, że kochasz teatr! To będzie wieczór tylko dla Ciebie! – Anka”.

Przez chwilę stałam w przedpokoju, ściskając bilety w dłoni. Moje serce biło szybciej, ale nie z radości. Przede mną piętrzyły się obowiązki: miałam zrobić zakupy, ugotować obiad dla rodziców, którzy mieli wpaść wieczorem, a potem jeszcze dokończyć raport do pracy. Zamiast wdzięczności poczułam narastającą złość. Jak Anka mogła mi to zrobić? Przecież wie, jak wygląda mój dzień!

Wybrałam jej numer. Odebrała niemal natychmiast.

– No i jak? – zapytała podekscytowana.

– Anka, czy Ty jesteś poważna? Dwie godziny przed spektaklem? Ja mam dziś rodziców na kolacji!

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Myślałam… Chciałam Ci zrobić niespodziankę. Zawsze mówisz, że nie masz czasu na teatr…

– No właśnie! Nie mam czasu! – przerwałam jej ostrzej, niż zamierzałam. – Nie mogłaś mnie zapytać wcześniej?

– Ale wtedy to nie byłaby niespodzianka…

Zamknęłam oczy. W głowie kłębiły mi się myśli: czy jestem niewdzięczna? Czy ona naprawdę nie rozumie, że nie każdy prezent jest trafiony?

Odstawiłam telefon i usiadłam na kanapie. Mama zadzwoniła chwilę później:

– Emilko, będziemy za godzinę! Tata już się cieszy na Twój rosół.

– Mamo… – zaczęłam niepewnie – a może przełożymy kolację? Dostałam bilety do teatru…

– Dziecko, przecież umawialiśmy się od tygodnia! Tata specjalnie nie jadł obiadu…

Poczułam się jak w potrzasku. Z jednej strony Anka i jej spontaniczny gest, z drugiej rodzice i ich oczekiwania. Próbowałam znaleźć wyjście z tej sytuacji, ale każda opcja wydawała się zła.

W końcu zadzwoniłam do Anki jeszcze raz.

– Słuchaj, nie dam rady dziś pójść. Może Ty weźmiesz kogoś innego?

– Ale ja już mam plany… – odpowiedziała cicho. – Myślałam, że się ucieszysz.

– Doceniam gest, ale… To po prostu nie ten dzień.

Rozłączyłyśmy się w napięciu. Przez resztę wieczoru byłam rozkojarzona. Rodzice zauważyli moją frustrację.

– Co się stało? – zapytał tata.

– Dostałam bilety do teatru na ostatnią chwilę. Od Anki. Miało być miło, a wyszło… no właśnie.

Mama spojrzała na mnie uważnie:

– Czasem ludzie dają nam to, co sami chcieliby dostać. Może Anka chciała poczuć się potrzebna?

Westchnęłam ciężko.

– Ale czy to znaczy, że muszę rezygnować ze swoich planów?

Tata pokiwał głową:

– Prezent powinien sprawiać radość obdarowanemu, nie tylko darczyńcy.

Po kolacji długo myślałam o tej sytuacji. Czy byłam zbyt surowa dla Anki? Może powinnam była docenić jej starania? Ale z drugiej strony – czy przyjaźń polega na narzucaniu komuś swoich pomysłów?

Następnego dnia spotkałyśmy się w kawiarni. Atmosfera była napięta.

– Przepraszam, jeśli byłam niemiła – zaczęłam pierwsza. – Po prostu… miałam inne plany i poczułam się postawiona pod ścianą.

Anka spuściła wzrok.

– Chciałam dobrze. Sama bym się ucieszyła z takiej niespodzianki…

– Ale ja potrzebuję czasu na przygotowanie się do takich rzeczy. Lubię mieć kontrolę nad swoim dniem.

Milczałyśmy przez chwilę.

– Może następnym razem po prostu zapytam Cię wcześniej? – zaproponowała Anka niepewnie.

Uśmiechnęłam się lekko.

– To byłoby super. Wtedy naprawdę mogłabym się cieszyć.

Wyszłyśmy z kawiarni pogodzone, ale w głowie wciąż miałam mnóstwo pytań. Czy spontaniczność zawsze jest zaletą? Czy dobry prezent to ten, który sprawia radość nam samym, czy temu drugiemu? I czy można być wdzięcznym za coś, co burzy naszą codzienność?

Czasem myślę: czy naprawdę umiemy słuchać potrzeb innych ludzi? A może za bardzo skupiamy się na własnych wyobrażeniach o szczęściu bliskich?