Wykluczona z Rodzinnego Szczęścia: Serce Macochy na Rozdrożu
– Grażyna, nie wiem, jak ci to powiedzieć… – głos mojego męża, Andrzeja, drżał, gdy wrócił z pracy. Stał w progu, z oczami wbitymi w podłogę. – Marta… ona… ona nie chce, żebyś była na jej ślubie.
Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi serce z piersi. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Marta, moja pasierbica, którą wychowywałam od jej ósmego roku życia, z którą płakałam po śmierci jej mamy, z którą uczyłam się piec szarlotkę i rozmawiać o pierwszych miłościach… Ona nie chce mnie na swoim ślubie?
– Ale… dlaczego? – wyszeptałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
Andrzej wzruszył ramionami, bezradny. – Mówi, że to jej dzień. Że chce tylko najbliższą rodzinę. Że…
– Że nie jestem rodziną? – przerwałam mu, a mój głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzałam.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy nie mogłam się skupić, w domu unikałam spojrzenia Andrzeja. W nocy przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę z Martą, każde nasze spięcie, każdą chwilę bliskości. Czy byłam zbyt surowa? Czy za bardzo chciałam ją chronić? Czy to przez te wszystkie razy, kiedy próbowałam być dla niej matką, choć ona miała już swoją, której nikt nie mógł zastąpić?
Pamiętam, jak pierwszy raz powiedziała do mnie „ciociu”, a potem, po kilku latach, „Grażyno”. Nigdy „mamo”. Ale przecież nie o to chodziło. Chciałam być dla niej wsparciem, nie zastępstwem. Kiedy miała 16 lat i wróciła zapłakana po kłótni z koleżanką, siedziałyśmy razem w kuchni do drugiej w nocy. Wtedy myślałam, że coś się między nami zmieniło. Że jestem jej potrzebna.
Teraz czułam się jak nieproszony gość w jej życiu.
W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niej. Odebrała po kilku sygnałach.
– Cześć, Marta. Chciałam… chciałam porozmawiać – zaczęłam niepewnie.
– Grażyna, proszę… Nie chcę o tym rozmawiać. To moja decyzja – jej głos był chłodny, obcy.
– Ale dlaczego? Co zrobiłam nie tak? – zapytałam, czując, że zaraz się rozkleję.
– Nic. Po prostu… to mój dzień. Chcę, żeby było tak, jak sobie wymarzyłam. Chcę mieć przy sobie tylko najbliższych.
– Myślałam, że jestem…
– Jesteś żoną mojego taty. I za to ci dziękuję. Ale nie jesteś moją mamą – przerwała mi stanowczo.
Po tej rozmowie długo siedziałam w milczeniu. Andrzej próbował mnie pocieszać, ale widziałam w jego oczach poczucie winy i bezradność. Wiedziałam, że jest rozdarty między nami. Z jednej strony córka, z drugiej żona. Nie chciałam go stawiać w tej sytuacji, ale nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało.
W pracy koleżanki pytały o przygotowania do ślubu Marty. Uśmiechałam się sztucznie i mówiłam, że wszystko idzie zgodnie z planem. W środku jednak czułam się coraz bardziej samotna. Nawet moja własna siostra, Basia, nie potrafiła mnie zrozumieć.
– Grażyna, ona nigdy cię nie zaakceptowała. Po co się łudzisz? – mówiła przez telefon. – Trzeba było odpuścić już dawno.
Ale jak można odpuścić komuś, kogo kochało się przez tyle lat? Komu podawało się herbatę na gorączkę, z kim oglądało „Czarodziejkę z Księżyca”, komu pomagało się wybrać sukienkę na studniówkę?
Kiedy nadszedł dzień ślubu, dom był cichy jak nigdy. Andrzej wyszedł wcześnie rano. Powiedział tylko:
– Przepraszam.
Nie miałam mu tego za złe. To była jego córka. Ale czułam się zdradzona przez wszystkich.
Wieczorem usiadłam sama przy stole. Na stole stała butelka wina i zdjęcie Marty z dzieciństwa. Patrzyłam na jej uśmiechniętą buzię i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd.
Po kilku dniach Andrzej wrócił do domu jakby starszy o dziesięć lat. Nie rozmawialiśmy o ślubie. Unikaliśmy tego tematu jak ognia. Ale między nami pojawiła się niewidzialna ściana.
Mijały tygodnie. Marta nie dzwoniła. Andrzej zamknął się w sobie. Ja zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu – do pracy, na spacery, byle nie siedzieć w czterech ścianach pełnych wspomnień.
Pewnego dnia spotkałam Martę przypadkiem w sklepie. Była z mężem. Uśmiechnęła się do mnie uprzejmie, ale w jej oczach nie było ciepła.
– Cześć, Grażyna – powiedziała krótko.
– Cześć… – odpowiedziałam, czując gulę w gardle.
Chciałam ją przytulić, zapytać, jak się czuje, czy jest szczęśliwa. Ale wiedziałam, że to już nie moje miejsce.
Dziś siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta. Zastanawiam się, czy rodzina to tylko więzy krwi, czy coś więcej. Czy można być matką bez tytułu? Czy miłość naprawdę wystarczy, by zostać zaakceptowanym?
Może są pytania, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi…
Czy ktoś z was też czuł się kiedyś wykluczony z własnej rodziny? Czy naprawdę można kochać cudze dziecko jak swoje i nie oczekiwać niczego w zamian?