Po sześćdziesiątce: 10 rzeczy, z których zrezygnowałem i żale, które za tym poszły

Siedziałem na werandzie mojego domu w małej wiosce pod Krakowem, patrząc na zachodzące słońce. Ciepłe promienie oświetlały moje pomarszczone dłonie, a ja zastanawiałem się nad decyzjami, które podjąłem po sześćdziesiątce. Wydawało mi się, że to będzie nowy początek, czas na spokój i wolność. Ale czy naprawdę wiedziałem, co robię?

Pierwszą rzeczą, z której zrezygnowałem, była moja praca. Przez ponad czterdzieści lat byłem nauczycielem matematyki w liceum. Uwielbiałem to, co robiłem, ale czułem się zmęczony. Chciałem odpocząć, mieć czas dla siebie. Jednak po kilku miesiącach bez pracy poczułem się zagubiony. Brakowało mi codziennej rutyny, rozmów z uczniami i satysfakcji z ich postępów. Czy naprawdę musiałem odchodzić tak wcześnie?

Kolejną rzeczą była moja pasja do gry na pianinie. Zawsze uważałem muzykę za swoją ucieczkę od codzienności. Ale po sześćdziesiątce zacząłem myśleć, że to tylko strata czasu. Pianino stało się meblem, zbierającym kurz w salonie. Teraz, kiedy słyszę muzykę w radiu, czuję ukłucie żalu. Dlaczego pozwoliłem sobie na utratę czegoś, co dawało mi tyle radości?

Zrezygnowałem również z podróży. Kiedyś z żoną Martą zwiedzaliśmy świat – Włochy, Hiszpania, Grecja. Po jej śmierci straciłem ochotę na dalsze wyjazdy. Myślałem, że bez niej podróże nie mają sensu. Ale teraz widzę, że zamknąłem się w sobie, odcinając się od nowych doświadczeń i ludzi.

Kiedy mój syn Piotr zaproponował mi wspólne wakacje nad morzem, odmówiłem. Powiedziałem mu, że wolę zostać w domu. Ale prawda była taka, że bałem się konfrontacji z przeszłością i wspomnieniami o Marcie. Teraz żałuję tej decyzji. Może te wakacje byłyby szansą na odbudowanie relacji z synem?

Zrezygnowałem także z kontaktów towarzyskich. Kiedyś regularnie spotykałem się z przyjaciółmi na brydża czy piwo w lokalnym pubie. Po sześćdziesiątce zacząłem unikać tych spotkań, tłumacząc się zmęczeniem lub brakiem czasu. Ale prawda była taka, że czułem się samotny i nie chciałem tego pokazywać innym.

Z czasem zauważyłem, że moje relacje z rodziną również zaczęły się psuć. Moja córka Anna coraz rzadziej dzwoniła, a wnuki przestały mnie odwiedzać. Zrozumiałem, że to ja sam odpychałem ich od siebie swoją obojętnością i zamknięciem.

Zrezygnowałem także z dbania o swoje zdrowie. Przestałem chodzić na regularne badania i wizyty u lekarza. Myślałem, że skoro czuję się dobrze, to nie ma potrzeby martwić się o przyszłość. Ale kiedy pewnego dnia zasłabłem w ogrodzie i trafiłem do szpitala, zdałem sobie sprawę z własnej głupoty.

Nie dbałem również o swoje hobby – ogród. Kiedyś spędzałem godziny na pielęgnacji roślin i kwiatów. Po sześćdziesiątce ogród stał się dla mnie ciężarem zamiast przyjemnością. Teraz patrzę na zaniedbane rabaty i czuję smutek.

Zrezygnowałem także z marzeń o napisaniu książki. Zawsze chciałem opisać swoje życie i doświadczenia jako nauczyciel. Ale po sześćdziesiątce uznałem, że to już za późno na takie projekty. Teraz żałuję tej decyzji – może moja historia mogłaby kogoś zainspirować?

Ostatnią rzeczą była moja wiara w ludzi. Po kilku zawodach i rozczarowaniach przestałem ufać innym. Stałem się cyniczny i podejrzliwy wobec każdego nowego znajomego.

Patrząc teraz na swoje życie, zastanawiam się: czy naprawdę musiałem rezygnować z tych wszystkich rzeczy? Czy nie mogłem znaleźć równowagi między odpoczynkiem a aktywnością? Może to właśnie te drobne radości i relacje były kluczem do szczęścia? Czasami zastanawiam się, czy jeszcze nie jest za późno na zmiany.