Wyłączyłam telefon, a serce dalej dzwoniło
— Ela, odbierz. Jak długo jeszcze? — głos Nikodema wwiercał mi się w ucho, choć to była tylko wibracja i migające imię na ekranie.
Odrzucałam połączenie raz za razem, jakbym mogła w ten sposób odrzucić też to, co za nim stało.
— Albo wyłącz telefon, jeśli nie chcesz rozmawiać — Marianna zajrzała do pokoju. W jej oczach nie było współczucia. Była ocena. — I przestań robić z siebie ofiarę.
Z trzaskiem zatrzasnęła drzwi.
Wyłączyłam telefon i cisnęłam go na drugi koniec kanapy. Uderzył o poduszkę, jakby też miał dość mojej niepewności. Powinnam była zrobić to wcześniej, ale czekałam na Andrzeja. Na jeden sygnał, że jednak przyjedzie. Że jednak nie zostawi mnie samej z tym wszystkim.
W kuchni tykał zegar. U nas w domu zawsze coś tykało: zegar, sumienie, języki sąsiadek.
Drzwi wejściowe skrzypnęły. Marianna przeszła korytarzem jak burza.
— Mama dzwoniła? — zapytałam.
— Dzwoniła. I płakała. — Marianna oparła się o framugę. — Wiesz, co powiedziała? „Elżbieta znowu stawia swoje fanaberie nad rodzinę”.
— To nie są fanaberie.
— A co to jest? — prychnęła. — Nikodem chce porozmawiać, Andrzej cię wodzi za nos, a ty siedzisz jak księżniczka na kanapie.
Zacisnęłam palce na kocu.
— Nikodem nie chce rozmawiać. On chce, żebym wróciła. Żebym przeprosiła. Żebym udawała, że nie pamiętam.
— Przecież każdy ma jakieś swoje… — zaczęła, ale urwała, bo spojrzałam na nią tak, że aż cofnęła brodę.
— „Jakieś swoje” to nie jest popychanie mnie na ścianę, kiedy powiedziałam, że nie chcę jechać na święta do jego matki. To nie jest zabieranie mi kluczy, żebym „ochłonęła”. To nie jest mówienie, że bez niego sobie nie poradzę.
Marianna spuściła wzrok, ale tylko na sekundę.
— Ludzie gadają, Ela. W pracy też. W kościele też. Mama nie może się pokazać.
— A ja? — wyrwało mi się. — Ja mogę się pokazać z siniakiem pod rękawem?
Cisza była głośniejsza niż krzyk.
Telefon leżał martwy na kanapie, a ja czułam się jakbym właśnie odcięła tlen. Tylko że ten tlen był trucizną.
Nagle pukanie. Krótkie, niecierpliwe.
Marianna pobladła.
— Nie… — wyszeptała.
Otworzyła. W progu stał Nikodem. Z uśmiechem, który zawsze wyglądał jak przeprosiny, ale pachniał żądaniem.
— Ela. — wszedł bez pytania. — No, nareszcie.
— Skąd masz adres? — głos mi zadrżał.
— Od mamy. — wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. — Przecież rodzina musi sobie pomagać.
Marianna stanęła obok niego, za blisko.
— Mówiłam, że przyjedzie — rzuciła, jakby chodziło o paczkę z kurierem.
Nikodem podszedł do kanapy, wziął mój telefon i włączył. Jakby należał do niego.
— Nie rób scen. — ściszył głos. — Porozmawiamy jak dorośli.
— Jak dorośli? — parsknęłam. — Dorośli nie zabierają komuś życia po kawałku.
Podniósł brwi.
— Znowu dramatyzujesz. Wszyscy mówią, że ci odbiło. Andrzej? Też pewnie ci to wmówił.
Na dźwięk jego imienia serce mi podskoczyło. Jakby to było hasło do wolności.
— Andrzej przynajmniej pytał, czego chcę — powiedziałam.
— I co chcesz? — Nikodem nachylił się. — Powiedz głośno. Przy siostrze. Przy rodzinie.
Marianna wpatrywała się we mnie jak w oskarżoną.
— Chcę spokoju — powiedziałam. Krótko. — Chcę, żebyś wyszedł.
Nikodem zaśmiał się cicho.
— Nie wygłupiaj się. Mama czeka na wasze pogodzenie. Wiesz, jak ona to przeżywa?
— To ty ją w to wciągnąłeś.
Wtedy zadzwonił telefon. Mój. Na ekranie: Andrzej.
Przez sekundę wszystko zamarło. Nikodem spojrzał na wyświetlacz, potem na mnie.
— Odbierz. — powiedział lodowato. — Odbierz i powiedz mu, że to koniec.
Marianna szepnęła:
— Ela, nie rób nam wstydu.
Wzięłam telefon. Dłoń mi drżała. Patrzyłam na zieloną słuchawkę, jakby to była brama.
— Ela? — usłyszałam głos Andrzeja, gdy odebrałam. — Jestem pod blokiem. Jeśli chcesz… wejdę. Jeśli nie chcesz… odjadę.
Nikodem zrobił krok w moją stronę.
— Powiedz mu — syknął.
Spojrzałam na Mariannę. Na jej zaciśnięte usta. Na to, że wolała, żebym była cicho, niż bezpieczna.
— Andrzej… — przełknęłam ślinę. — Wejdź.
Marianna otworzyła usta.
— Ty naprawdę…? — zaczęła.
— Tak. — powiedziałam. — Naprawdę.
Nikodem złapał mnie za nadgarstek. Nie mocno. Wystarczająco, żebym poczuła dawny strach.
— Ela. Nie rób głupot.
Wyrwałam się.
— Głupotą było wracać. Głupotą było milczeć. — odsunęłam się o krok. — Wyjdź.
Nikodem patrzył na mnie długo. Potem spojrzał na Mariannę, jakby szukał wsparcia.
— Marianna? — rzucił.
A ona… nie odpowiedziała. Tylko stała, jakby ktoś jej kazał wybrać stronę i nagle zrozumiała, że żadna nie jest wygodna.
Nikodem splunął pod nosem.
— Jeszcze wrócisz — powiedział. — Zobaczysz. W Polsce nikt nie wytrzymuje sam.
Zatrzasnął drzwi tak, że aż zadrżały ściany.
Po chwili rozległo się pukanie. Tym razem spokojne.
Andrzej wszedł niepewnie. Spojrzał na mnie i nic nie powiedział, tylko wyciągnął rękę.
Marianna odwróciła się do okna.
— Mama się załamie — wyszeptała.
— A ja? — powiedziałam cicho. — Ja już się załamałam dawno. Teraz próbuję się poskładać.
Wyszłam z Andrzejem na klatkę. Powietrze pachniało zimą i wilgotnym betonem. Najzwyklejsze. A jednak pierwszy raz od miesięcy oddychałam pełniej.
Tylko jedno mnie paliło: czy ja naprawdę musiałam wybierać między spokojem a byciem „dobrą córką”? Czy w naszym kraju miłość do rodziny zawsze musi kosztować siebie?
Powiedzcie mi… gdzie jest granica między obowiązkiem a ratowaniem własnego życia?