Gdy musiałam wyjechać za chlebem, zostawiłam córkę – dziś płacę za to najwyższą cenę

– Mamo, dlaczego mnie zostawiłaś? – te słowa mojej córki, wypowiedziane z wyrzutem, wracają do mnie jak echo, szczególnie w ciche, samotne wieczory. Mam na imię Grażyna, mam 59 lat, a moja córka, Ania, 32. Mieszkam w Warszawie, choć to miasto już dawno przestało być moim domem. Wszystko zaczęło się, gdy Ania miała zaledwie trzy lata. Rozwiodłam się z jej ojcem, bo pił, awanturował się, a ja nie chciałam, by moja córka dorastała w takim piekle. Zostałyśmy same.

Nie było łatwo. Pracowałam w sklepie spożywczym, potem sprzątałam klatki schodowe, byle tylko starczyło na czynsz i jedzenie. Były mąż nie płacił alimentów, nie pracował, a ja coraz bardziej tonęłam w długach. Pamiętam, jak pewnego dnia listonosz przyniósł kolejne wezwanie do zapłaty za czynsz. Siedziałam wtedy na podłodze w kuchni, płakałam, a Ania tuliła się do mnie, pytając, czy wszystko będzie dobrze. Obiecałam jej wtedy, że zrobię wszystko, by było lepiej. Nie wiedziałam jeszcze, jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.

Kiedy Ania miała 12 lat, sytuacja stała się dramatyczna. Groziła nam eksmisja, a ja nie miałam już siły prosić o pomoc. Wtedy sąsiadka, pani Zosia, powiedziała mi o pracy w Niemczech. Sprzątanie domów, opieka nad starszymi – nie było to nic wielkiego, ale płacili w euro. Wystarczyło kilka miesięcy, by spłacić długi i zacząć od nowa. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Mamo, nie wyjeżdżaj – Ania patrzyła na mnie wielkimi, zaszklonymi oczami. – Ja sobie poradzę, kochanie. Będziesz z babcią, a ja szybko wrócę – próbowałam ją przekonać, choć sama nie wierzyłam w te słowa.

Wyjechałam. Każdego dnia tęskniłam za córką. Pracowałam po 12 godzin dziennie, sprzątałam, gotowałam, opiekowałam się schorowaną Niemką, która nie mówiła ani słowa po polsku. Wieczorami dzwoniłam do Ani. – Jak w szkole? – pytałam. – Dobrze – odpowiadała krótko. Z czasem nasze rozmowy stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej powierzchowne.

Babcia starała się jak mogła, ale była już schorowana. Ania zamknęła się w sobie. Zaczęła mieć problemy w szkole, przestała się uczyć, zaczęła zadawać się z nieodpowiednim towarzystwem. Dowiedziałam się o tym dopiero po kilku miesiącach, gdy zadzwoniła wychowawczyni. – Pani Grażyno, Ania potrzebuje matki, nie pieniędzy – usłyszałam. Ale ja nie mogłam wrócić. Musiałam spłacić długi, musiałam zapewnić nam dach nad głową.

Po dwóch latach wróciłam. Ania była już inną osobą. Zbuntowana, zamknięta, nie chciała ze mną rozmawiać. – Nie obchodzi mnie, co robisz. I tak cię nie było, kiedy cię potrzebowałam – rzuciła mi w twarz. Bolało. Bardziej niż cokolwiek innego. Próbowałam do niej dotrzeć, tłumaczyłam, że robiłam to dla niej, że nie miałam wyboru. – Zawsze jest wybór – odpowiedziała.

Przez kolejne lata nasze relacje były coraz gorsze. Ania skończyła szkołę, wyprowadziła się, zaczęła pracować. Rzadko się widywałyśmy. Na święta wpadała na chwilę, czasem zadzwoniła, ale w jej głosie czułam chłód. Próbowałam naprawić nasze relacje, zapraszałam ją na kawę, proponowałam wspólne wyjazdy. – Nie mam czasu – słyszałam.

Kiedy Ania miała 28 lat, urodziła córkę. Myślałam, że może wtedy coś się zmieni, że zrozumie, jak trudno być matką, jak wiele trzeba poświęcić. Ale ona jeszcze bardziej się ode mnie oddaliła. – Nie chcę, żebyś była częścią życia mojej córki. Nie chcę, żebyś ją też zostawiła – powiedziała mi kiedyś. Płakałam wtedy całą noc.

Czasem spotykam sąsiadki, które pytają, co u Ani. – Dobrze, pracuje, wychowuje córkę – odpowiadam, choć nie wiem, czy to prawda. Nie chcę, żeby wiedziały, jak bardzo jestem samotna.

Często wracam myślami do tamtych dni. Czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była zostać, nawet jeśli groziła nam eksmisja? Czy pieniądze naprawdę były ważniejsze niż obecność? Wiem, że nie byłam idealną matką. Wiem, że skrzywdziłam moją córkę, choć chciałam dla niej jak najlepiej.

Dziś mam 59 lat. Mieszkam sama, pracuję na pół etatu w bibliotece. Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Czasem dzwonię do Ani, ale rzadko odbiera. Wnuczki nie widziałam od dwóch lat.

– Czy można cofnąć czas? – pytam siebie. – Czy można naprawić to, co się zepsuło? Czy wybaczenie jest możliwe, gdy rana jest tak głęboka?

Może ktoś z was był w podobnej sytuacji? Może ktoś potrafi mi powiedzieć, jak odzyskać córkę, zanim będzie za późno?