Kiedy miłość zamienia się w kpiny: Moja walka o szacunek w małżeństwie
— Znowu nie potrafisz nawet ugotować ziemniaków tak, żeby nie były rozgotowane? — głos Pawła odbił się echem po kuchni, a ja poczułam, jak moje policzki płoną ze wstydu. Stałam przy kuchence, mieszając zupę, i próbowałam nie patrzeć na niego. — Może następnym razem zadzwonię do twojej mamy, żeby ci pokazała, jak to się robi? — dodał z uśmiechem, który miał być żartobliwy, ale dla mnie był jak policzek.
Nie odpowiedziałam. Wiem, że gdybym coś powiedziała, usłyszałabym tylko kolejną kpinę. Paweł zawsze był duszą towarzystwa — zabawny, elokwentny, wszyscy go lubili. Ale od kilku lat jego dowcipy coraz częściej były skierowane przeciwko mnie. Najpierw przy znajomych: „Ola to taka nasza domowa blondynka, zawsze coś pomyli!” — śmiali się wszyscy, a ja udawałam, że też mnie to bawi. Potem żarty przeniosły się do domu. Stały się codziennością.
Pamiętam nasze początki. Był czuły, opiekuńczy, potrafił godzinami słuchać moich opowieści o pracy w bibliotece. Wtedy czułam się wyjątkowa. Teraz coraz częściej zastanawiam się, czy to naprawdę był on, czy tylko maska na pierwsze miesiące zakochania.
— Ola, serio? Znowu zapomniałaś kupić mleka? — usłyszałam pewnego wieczoru. — Ty chyba naprawdę masz coś z głową! — zaśmiał się i spojrzał na mnie z politowaniem.
— Przepraszam… miałam ciężki dzień w pracy — próbowałam się tłumaczyć.
— No tak, bo przecież praca w bibliotece to taki stres! — przewrócił oczami.
Zaczęłam unikać rozmów z nim. Wolałam milczeć niż znosić kolejne docinki. Czułam się coraz mniejsza, coraz mniej ważna. Nawet nasza córka Zosia zaczęła powtarzać jego żarty: „Mama znowu coś pomyliła!” — śmiała się pewnego ranka przy śniadaniu. To bolało najbardziej.
W pracy też nie było łatwo. Koleżanki pytały: „Coś się stało? Wyglądasz na przygaszoną.” Uśmiechałam się wymuszenie i mówiłam, że wszystko w porządku. Ale nie było. Wieczorami płakałam w łazience, żeby Paweł nie słyszał. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu:
— Paweł, proszę cię… przestań mnie wyśmiewać. To mnie rani.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Ola, przecież żartuję! Nie masz dystansu do siebie? Wszyscy tak robią!
— Ale ja nie chcę być obiektem żartów… — głos mi się załamał.
— Przesadzasz. Może powinnaś iść do psychologa? — rzucił z ironią.
Zaczęłam czytać o przemocy psychicznej. O tym, jak drobne docinki mogą niszczyć poczucie własnej wartości. Zrozumiałam, że to nie ja jestem przewrażliwiona. Że mam prawo oczekiwać szacunku od osoby, którą kocham.
Próbowałam rozmawiać z mamą:
— Mamo, Paweł ciągle mnie wyśmiewa… Czuję się przez niego gorsza.
Mama westchnęła:
— Ola, mężczyźni tacy są. Twój ojciec też czasem żartował sobie ze mnie. Trzeba mieć grubą skórę.
Ale ja nie chciałam mieć „grubej skóry”. Chciałam być kochana i szanowana.
Zaczęłam pisać pamiętnik. Każdego dnia notowałam sytuacje, w których Paweł mnie ranił. Z czasem lista rosła: „Wyśmiewanie moich ubrań”, „Komentarze o mojej wadze”, „Żarty przy znajomych”.
Któregoś wieczoru usiedliśmy razem przed telewizorem. Paweł śmiał się z jakiegoś kabaretu.
— Widzisz? Oni też żartują z kobiet! — powiedział zadowolony.
— Ale ja nie jestem kabaretem… Jestem twoją żoną — odpowiedziałam cicho.
Nie odpowiedział. Przez chwilę wydawało mi się, że coś do niego dotarło. Ale następnego dnia wszystko wróciło do normy.
Zaczęłam myśleć o rozwodzie. Bałam się jednak o Zosię. Czy powinnam ją wychowywać sama? Czy lepiej znosić upokorzenia dla „dobra rodziny”? Każdego dnia zadawałam sobie te pytania.
Pewnej nocy usłyszałam rozmowę Pawła przez telefon:
— Ola to taka sierota życiowa… Ale co zrobić? Kto by ją chciał?
Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez kilka godzin siedziałam na podłodze w łazience i płakałam bezgłośnie.
Rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę zmęczoną życiem, ale gotową walczyć o siebie. Postanowiłam pójść do psychologa. Po kilku spotkaniach zaczęłam rozumieć, że nie jestem winna temu, jak Paweł mnie traktuje. Że mam prawo do szczęścia.
Zaczęłam mówić „nie”. Gdy Paweł po raz kolejny zażartował z mojej nieporadności przy obiedzie ze znajomymi, spojrzałam mu prosto w oczy:
— To nie jest śmieszne. Proszę cię, przestań.
Zapadła cisza. Znajomi spojrzeli na siebie niepewnie. Paweł był wyraźnie zaskoczony moją reakcją.
Wieczorem próbował mnie przeprosić:
— Przesadziłem… Nie chciałem cię zranić.
— Ale zraniłeś — odpowiedziałam spokojnie.
Nie wiem jeszcze, jak potoczy się nasze małżeństwo. Wiem tylko jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu siebie upokarzać.
Czy naprawdę musimy znosić kpiny od tych, których kochamy? Czy miłość bez szacunku może przetrwać? Może czasem trzeba wybrać siebie…