Między czterema ścianami: Moje życie z rodziną męża po śmierci teściowej Gabrieli
— Znowu nie zamknęłaś okna w kuchni! — głos teścia przebił ciszę, która od kilku dni wisiała nad naszym domem jak ciężka, wilgotna mgła. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, kiedy poczułam na sobie jego wzrok. — Przepraszam, zapomniałam — odpowiedziałam cicho, ale on już odwracał się na pięcie, mrucząc coś pod nosem o „nieporządku” i „braku szacunku dla domu”.
Od śmierci Gabrieli wszystko się zmieniło. To ona była sercem tego domu, spajała nas wszystkich — nawet mnie, choć nigdy nie byłam jej ulubienicą. Teraz jej miejsce przy stole świeciło pustką, a ja czułam się jak intruz, który zajął czyjeś miejsce bez pozwolenia. Mąż, Tomek, coraz częściej wracał późno z pracy. — Muszę zostać dłużej, tata sobie nie radzi — tłumaczył się, ale wiedziałam, że to wymówka. Uciekał przed atmosferą, która gęstniała z każdym dniem.
Najgorzej było wieczorami. Siedzieliśmy w salonie: ja, Tomek, jego ojciec i młodsza siostra Marta. Każdy patrzył w swój telefon, udając, że nie widzi reszty. Czasem Marta rzucała kąśliwe uwagi: — Gdyby mama żyła, nie byłoby takiego bałaganu… — albo: — Mama zawsze wiedziała, jak ugotować rosół, a tu… — i patrzyła na mnie z wyrzutem. Zaciskałam zęby i milczałam. W głowie słyszałam głos mojej mamy: „Nie idź do nich pod dach. To nie jest twoje miejsce. Zbudujcie coś swojego.” Ale wtedy wydawało mi się to niemożliwe — mieszkanie w Warszawie kosztowało fortunę, a my dopiero zaczynaliśmy.
Początkowo myślałam, że po odejściu Gabrieli zbliżymy się do siebie. Że wspólny żal nas połączy. Tymczasem każdy zamknął się w swoim bólu i żalu. Teść coraz częściej zaglądał do kieliszka, a potem wyżywał się na mnie za drobiazgi: źle powieszony ręcznik, nie tak ułożone talerze w szafce. Marta przestała się do mnie odzywać poza niezbędnymi komunikatami. Nawet Tomek był jakby nieobecny.
Pewnego popołudnia usłyszałam przez drzwi rozmowę teścia z Martą:
— Ona tu nie pasuje. Gdyby nie Tomek, już dawno bym ją wyprosił.
— Ale przecież to jego żona…
— Gabriela by tego nie chciała.
Zamarłam. Poczułam się jak dziecko podsłuchujące dorosłych. Wróciły wszystkie moje lęki: że nigdy tu nie będę u siebie, że zawsze będę tylko dodatkiem do Tomka.
Zaczęłam unikać wspólnych posiłków. Jadłam w kuchni, kiedy wszyscy byli zajęci czym innym. Wychodziłam na długie spacery po okolicy — nawet zimą, nawet w deszczu. Czasem siadałam na ławce pod blokiem i płakałam w rękaw kurtki.
Jednej nocy obudziły mnie krzyki. Teść wrócił pijany i kłócił się z Tomkiem:
— To przez nią wszystko się rozpadło! Od kiedy tu jest, nic nie działa!
— Przestań! — krzyknął Tomek. — To nie jej wina!
Leżałam w łóżku i czułam się winna za wszystko: za śmierć Gabrieli, za smutek Tomka, za gniew teścia.
W pracy też zaczęłam popełniać błędy. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:
— Coś się dzieje? Jesteś inna niż zwykle.
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Jak powiedzieć komuś spoza tej rodziny, jak wygląda życie pod jednym dachem z ludźmi pogrążonymi w żałobie i gniewie?
Pewnego dnia odwiedziła mnie mama. Usiadłyśmy w kuchni przy herbacie.
— Widzisz? Mówiłam ci… — zaczęła.
— Mamo, proszę… Nie mogę teraz słuchać „a nie mówiłam”.
— Ale musisz coś zrobić dla siebie. Nie możesz tak żyć.
Patrzyłam na nią i czułam narastającą rozpacz. Miała rację — ale co mogłam zrobić? Nie mieliśmy pieniędzy na własne mieszkanie. Tomek był rozdarty między mną a rodziną.
Wieczorem spróbowałam porozmawiać z Tomkiem:
— Nie dam już rady tak żyć… Czuję się tu obca.
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem:
— Wiem… Ale co mam zrobić? Tata sobie nie poradzi sam…
— A ja? Ja też sobie nie radzę!
Milczał długo, potem wyszedł do drugiego pokoju.
Następnego dnia Marta zostawiła mi na stole kartkę: „Nie musisz tu być na siłę.”
To był cios prosto w serce. Przez chwilę rozważałam spakowanie walizki i wyjazd do mamy na wieś. Ale wtedy pomyślałam o Tomku — o tym, jak bardzo go kocham i jak bardzo on potrzebuje wsparcia.
Zaczęłam szukać pomocy w internecie — grupy wsparcia dla osób mieszkających z rodziną męża po stracie bliskiej osoby. Pisałam anonimowo o swoich problemach i pierwszy raz poczułam ulgę: ktoś mnie rozumie.
Po kilku tygodniach postanowiłam postawić granice. Kiedy teść znów zaczął narzekać na moje gotowanie, odpowiedziałam spokojnie:
— Proszę mnie tak nie traktować. Robię wszystko najlepiej jak potrafię.
Spojrzał na mnie zdziwiony i pierwszy raz od dawna nic nie odpowiedział.
Z Tomkiem ustaliliśmy zasady: wspólne posiłki tylko dwa razy w tygodniu, reszta czasu dla nas samych. Marta zaczęła wychodzić ze znajomymi i mniej nas prowokowała.
Nie jest idealnie. Wciąż czuję się czasem samotna i obca w tym domu. Ale nauczyłam się walczyć o swoje miejsce — choćby mały kąt przy oknie, gdzie mogę usiąść z książką i kubkiem herbaty.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym wtedy posłuchała mamy i nie weszła pod ten dach, byłabym dziś szczęśliwsza? Czy można być sobą tam, gdzie wszyscy widzą w tobie tylko cień kogoś innego?
A Wy? Czy mieliście kiedyś poczucie bycia obcym we własnym domu? Jak sobie z tym radziliście?