Między dwiema rodzinami: Wigilia, która rozdarła moje serce
– Michał, powiedz jej wreszcie, że w tym roku Wigilia jest u nas! – głos Agnieszki drżał, choć starała się mówić spokojnie. Stałem w kuchni, ściskając w dłoni telefon. Po drugiej stronie czekała mama. Czułem jej oddech przez słuchawkę, jakby była tuż obok, gotowa wejść do naszego mieszkania i przejąć dowodzenie.
– Synku, przecież zawsze Wigilia była u mnie. Co powiem cioci Jadzi? Co zrobisz z karpiem? – jej głos był miękki, ale podszyty wyrzutem. Znałem ten ton od dziecka – nie prosiła, tylko oczekiwała. Oczekiwała, że będę taki jak zawsze: posłuszny, lojalny, gotowy poświęcić siebie dla rodzinnej harmonii.
Agnieszka stała za mną z założonymi rękami. Jej oczy błyszczały gniewem i rozczarowaniem. Od miesięcy powtarzała: „Musimy mieć własne święta. Chcę, żeby nasza córka pamiętała dom pełen ciepła, nie wieczne jeżdżenie od jednej babci do drugiej.”
Wiedziałem, że muszę wybrać. Ale jak wybrać między kobietą, która mnie wychowała, a tą, którą wybrałem na całe życie?
– Mamo… w tym roku chcieliśmy z Agnieszką zrobić Wigilię u nas. Zaprosimy was wszystkich – powiedziałem cicho.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałem tylko jej oddech i szelest papieru – pewnie ściskała serwetkę albo kartkę z listą potraw.
– Rozumiem – powiedziała w końcu chłodno. – Skoro tak postanowiliście…
Rozłączyła się bez pożegnania.
Odwróciłem się do Agnieszki. Uśmiechnęła się blado i przytuliła mnie mocno.
– Dziękuję – szepnęła. – Wiem, że to dla ciebie trudne.
Nie odpowiedziałem. W mojej głowie już kłębiły się myśli: czy mama przyjdzie? Czy będzie chłodna? Czy ciocia Jadzia nie powie czegoś przykrego? Czy tata nie będzie milczał przez całą kolację?
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Agnieszka piekła pierniki z Zosią, naszą pięcioletnią córką. Śmiała się głośno, ale widziałem, że co chwilę zerka na telefon – jakby czekała na wiadomość od mojej mamy. Ja chodziłem jak cień. W pracy nie mogłem się skupić. Koledzy pytali o plany na święta, a ja odpowiadałem wymijająco.
Wigilia nadeszła szybciej, niż się spodziewałem. Stół był nakryty białym obrusem po babci Agnieszki. Na środku stał stroik z gałązek świerku i czerwonych jabłek. Pachniało barszczem i kapustą z grzybami. Zosia biegała po mieszkaniu w czerwonej sukience i śpiewała kolędy.
O siedemnastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem mamę z tatą. Mama miała na sobie granatowy płaszcz i trzymała w rękach ciasto makowe – jej popisowe danie. Tata patrzył gdzieś w bok.
– Dobry wieczór – powiedziała chłodno mama.
– Cześć mamo, cześć tato – odpowiedziałem niepewnie.
Agnieszka podeszła i uśmiechnęła się szeroko.
– Bardzo się cieszymy, że przyszliście! Proszę, zdejmijcie płaszcze.
Mama spojrzała na nią z góry na dół i podała jej ciasto.
– Mam nadzieję, że nie zabraknie karpia – rzuciła z przekąsem.
Zacisnąłem pięści w kieszeniach spodni. Wiedziałem, że to dopiero początek.
Goście zaczęli schodzić się jeden po drugim: ciocia Jadzia z mężem, mój brat Tomek z żoną i dwójką dzieci. Mieszkanie wydawało się nagle za małe na tyle emocji.
Usiedliśmy do stołu. Agnieszka podała barszcz z uszkami.
– U nas zawsze najpierw był kompot z suszu – powiedziała mama głośno.
Ciocia Jadzia pokiwała głową.
– No tak, tradycja to tradycja…
Agnieszka uśmiechnęła się nerwowo.
– Chcieliśmy spróbować czegoś nowego w tym roku…
Mama spojrzała na mnie wymownie. Poczułem się jak dziecko przyłapane na kłamstwie.
W trakcie kolacji atmosfera gęstniała z każdą minutą. Kiedy Agnieszka podała pierogi z soczewicą zamiast ruskich, mama westchnęła teatralnie.
– No cóż… czasy się zmieniają.
Tata milczał cały czas. Zosia próbowała rozładować napięcie:
– Babciu, zobacz jakie zrobiłam pierniczki!
Mama uśmiechnęła się do niej ciepło – pierwszy raz tego wieczoru.
Po kolacji przyszedł czas na prezenty. Dzieci rozpakowywały paczki z piskiem radości. Dorośli siedzieli sztywno przy stole. W końcu mama wstała.
– Dziękujemy za zaproszenie – powiedziała chłodno. – Ale musimy już wracać.
Zanim zdążyłem coś powiedzieć, wyszli z tatą do przedpokoju. Pobiegłem za nimi.
– Mamo…
Odwróciła się do mnie ze łzami w oczach.
– Michał… ja już chyba nie jestem wam potrzebna – wyszeptała i wyszła na klatkę schodową.
Stałem tam przez chwilę oszołomiony. Wróciłem do mieszkania i zobaczyłem Agnieszkę siedzącą przy stole ze spuszczoną głową.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Nie chciałam tego wszystkiego…
Usiadłem obok niej i objąłem ją ramieniem. Zosia tuliła się do nas obojga.
Tamta Wigilia rozdarła moje serce na pół. Przez kolejne tygodnie mama nie odbierała moich telefonów. Tata przyszedł kiedyś sam na kawę i powiedział tylko:
– Daj jej czas.
Agnieszka próbowała mnie pocieszać:
– Musimy być silni dla Zosi. Musimy pokazać jej, że rodzina to miłość, nie tylko tradycja.
Ale ja wciąż miałem w głowie obraz mamy wychodzącej ze łzami w oczach.
Dziś minęły dwa lata od tamtej Wigilii. Mama powoli zaczyna akceptować nasze wybory, choć już nigdy nie jest tak jak dawniej. Zosia pamięta tamten wieczór jako pierwszy raz, kiedy wszyscy byli razem u niej w domu – ale ja pamiętam go jako noc, która zmieniła wszystko.
Czy można kochać dwie rodziny jednocześnie, nie tracąc siebie? Czy da się pogodzić lojalność wobec rodziców z miłością do własnej żony i dziecka? Może każdy musi kiedyś wybrać… Ale czy ten wybór naprawdę jest sprawiedliwy?