Mój mąż postawił wszystko na swoją chorą matkę. Gdy się sprzeciwiłam, spakował walizki i powiedział, że się rozwodzimy. Czy naprawdę byłam egoistką?
— Nie rozumiesz, Aniu! Ona nie ma już nikogo poza mną! — głos Marka drżał, a jego oczy były czerwone od łez i bezsenności.
Stałam w kuchni, ściskając kubek z zimną już herbatą. Za oknem padał deszcz, a krople bębniły o parapet jakby chciały zagłuszyć nasze słowa. W powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się już przeciąć żadnym żartem czy czułym gestem.
— Marek, przecież wiesz, że ją kocham. Ale… — zaczęłam, lecz przerwał mi gwałtownie.
— Ale co? Że nie chcesz jej tutaj? Że przeszkadza ci jej choroba? Że boisz się, że zrujnuje nam życie?
Zacisnęłam powieki. W głowie miałam obrazy z ostatnich miesięcy: te noce, kiedy szukaliśmy jego mamy po całym osiedlu, bo wyszła w kapciach i piżamie na mróz. Te chwile, gdy patrzyła na mnie pustym wzrokiem i pytała: „A pani to kto?”. Te krzyki w środku nocy, gdy budziła się przerażona własnymi halucynacjami.
— Marek… Ja po prostu nie daję rady. Pracuję na dwie zmiany, dzieci mają szkołę i zajęcia dodatkowe. Ty też pracujesz. Kto się nią zajmie? Co jeśli znowu wyjdzie z domu? Co jeśli coś sobie zrobi?
— Możemy zamontować zamki, kupić monitoring! — rzucił z desperacją.
— To nie rozwiąże problemu! — krzyknęłam, pierwszy raz od dawna podnosząc głos. — Ona potrzebuje opieki całodobowej! Lekarze mówili wyraźnie: demencja postępuje szybko. To nie jest tylko zapominanie kluczy czy imion! To jest choroba, która nas wszystkich pochłonie!
Widziałam, jak jego twarz twardnieje. Jakby zamykał się w sobie, odgradzał ode mnie murem.
— Wiesz co? — powiedział cicho. — Jeśli nie chcesz jej tutaj… Jeśli nie potrafisz być człowiekiem… To ja nie chcę z tobą żyć.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Przez chwilę miałam wrażenie, że śnię.
— Co ty mówisz?
— Mówię, że się wyprowadzam. I składam pozew o rozwód.
Nie pamiętam, jak długo stałam w tej kuchni. Słyszałam tylko szelest pakowanych ubrań, trzask zamykanej walizki i cichy płacz naszej córki Zosi za ścianą.
Kiedy drzwi trzasnęły za nim po raz ostatni tamtego wieczoru, poczułam się tak pusta jak nigdy wcześniej.
***
Marek zabrał swoją mamę do wynajętego mieszkania na drugim końcu miasta. Dzieci widywały go rzadko — był zmęczony, rozdrażniony, coraz bardziej zamknięty w sobie. Zosia płakała nocami, a Kuba udawał twardziela, ale widziałam jak bardzo tęskni za ojcem.
Próbowałam tłumaczyć dzieciom sytuację:
— Tata musi teraz pomóc babci. Jest bardzo chora i potrzebuje go bardziej niż kiedykolwiek.
Ale czy naprawdę potrzebowała go bardziej niż my?
W pracy ledwo dawałam radę. Szefowa patrzyła na mnie z politowaniem:
— Aniu, musisz się ogarnąć. Klienci narzekają na twoją nieuwagę.
A ja chciałam tylko wrócić do domu i zasnąć na wieczność.
***
Minęły tygodnie. Marek rzadko odbierał telefony. Kiedy już rozmawialiśmy, były to krótkie, szorstkie wymiany informacji o dzieciach i formalnościach rozwodowych.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka Marka:
— Pani Aniu, pani teściowa znowu wyszła z domu. Marek jest w pracy, a ona błąka się po klatce schodowej i krzyczy coś niezrozumiałego…
Zerwałam się z pracy i pobiegłam tam natychmiast. Znalazłam ją siedzącą na schodach, trzęsącą się ze strachu i powtarzającą: „Nie chcę do szpitala… Nie chcę do szpitala…”
Zadzwoniłam po Marka. Przyjechał po godzinie — blady, roztrzęsiony.
— Nie dam rady… — wyszeptał do mnie na korytarzu. — Ona mnie nie poznaje… Krzyczy na mnie… Oskarża mnie o rzeczy, których nigdy nie zrobiłem…
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Widziałam w jego oczach rozpacz i bezradność.
— Marek… Może jednak dom opieki? — zaproponowałam ostrożnie.
Spojrzał na mnie z nienawiścią:
— Nigdy jej tam nie oddam! Nigdy!
***
Wróciłam do domu wykończona psychicznie. Dzieci czekały na mnie z obiadem, który samodzielnie ugotowały.
— Mamo… Tata wróci? — zapytała Zosia cicho.
Przytuliłam ją mocno.
— Nie wiem, kochanie… Naprawdę nie wiem…
***
W końcu przyszło wezwanie do sądu. Rozwód miał być szybki — Marek nie chciał walczyć o dzieci ani majątek. Chciał tylko mieć święty spokój i opiekować się matką.
Na sali sądowej patrzył na mnie obojętnie. Ja płakałam bezgłośnie przez całą rozprawę.
Po wszystkim podszedł do mnie i powiedział:
— Może kiedyś mi wybaczysz… Ale ja nie mogłem inaczej.
Nie odpowiedziałam mu nic. Wyszłam z sądu jak automat i długo jeszcze stałam na schodach, próbując złapać oddech.
***
Minęły miesiące. Marek coraz częściej dzwonił do mnie z prośbą o pomoc — był wykończony opieką nad matką. W końcu sam przyznał się do porażki:
— Aniu… Oddałem mamę do domu opieki. Nie dałem rady sam… Przepraszam cię za wszystko…
Nie wiedziałam co powiedzieć. Czy miałam mu współczuć? Czy powinnam była walczyć o naszą rodzinę bardziej?
Dziś jestem sama z dziećmi. Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy byłam egoistką? Czy można wymagać od kogoś poświęcenia wszystkiego dla drugiego człowieka? A może to on był niesprawiedliwy wobec nas wszystkich?
Czy naprawdę można ocenić czyjeś serce w tak trudnej sytuacji?