Mój syn mnie zdradził: Nie sądziłam, że to możliwe. Przestałam z nim rozmawiać, a on próbuje wszystko naprawić…
— Mamo, nie rozumiesz! On się zmienił! — krzyknął Bartek, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałam w kuchni z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, zmywając talerze po kolacji, której nawet nie tknął. Woda ściekała mi po nadgarstkach, a serce waliło jak oszalałe. Przez piętnaście lat byłam dla niego wszystkim: matką, ojcem, przyjacielem i powiernikiem. Przez piętnaście lat to ja płaciłam rachunki, odmawiałam sobie nowych butów, żeby on miał podręczniki i ciepłą kurtkę na zimę. To ja siedziałam przy nim nocami, kiedy miał gorączkę, i to ja tłumaczyłam mu świat, kiedy pytał, dlaczego tata nie dzwoni na urodziny.
A teraz? Teraz nagle wrócił ten człowiek, który zostawił nas z długami i obietnicami bez pokrycia. I mój syn – mój Bartek – patrzy na niego tak, jakby był bohaterem. Jakby te wszystkie lata nie istniały.
Pamiętam dzień, kiedy to się zaczęło. Był piątek, wróciłam z pracy później niż zwykle. Bartek siedział przy stole z kimś, kogo nie widziałam od lat. Z nim. Z Pawłem. Z moim byłym mężem. Ich śmiech rozbrzmiewał w mieszkaniu jak obcy język.
— Cześć, Aniu — powiedział Paweł, jakbyśmy widzieli się wczoraj. — Przyszedłem pogadać z Bartkiem.
Nie mogłam wydusić słowa. Bartek patrzył na mnie z błyskiem w oku, którego nie widziałam od dawna.
— Mamo, tata chce mnie zabrać na mecz! — wykrzyknął z entuzjazmem.
Zamarłam. Przez tyle lat nie było go w naszym życiu. Nie pytał, nie dzwonił, nie płacił na czas alimentów. A teraz wraca i od razu jest „tata”.
Próbowałam rozmawiać z Bartkiem tego wieczoru.
— Synku, pamiętasz, jak płakałeś w nocy, bo tata nie przyszedł na twoje przedstawienie? — zapytałam cicho.
— Mamo, ludzie się zmieniają — odpowiedział chłodno. — Ty nigdy mu nie dasz drugiej szansy!
Wtedy poczułam pierwszy raz ten chłód między nami. Jakby ktoś przeciął niewidzialną nić łączącą matkę z synem.
Z każdym tygodniem było coraz gorzej. Bartek zaczął spędzać weekendy u Pawła. Wracał późno, przesiąknięty zapachem męskich perfum i opowieściami o nowych grach komputerowych czy wycieczkach do kina. Kiedyś opowiadał mi wszystko – teraz zamykał się w swoim pokoju i pisał do ojca na Messengerze.
Pewnego dnia znalazłam pod poduszką bilet na koncert. Paweł zabrał go bez pytania mnie o zgodę.
— Bartek, musimy porozmawiać — powiedziałam stanowczo.
— O czym? O tym, że nie chcesz, żebym miał kontakt z tatą? — odburknął.
— Nie o to chodzi! Chcę tylko… chcę cię chronić!
— Przed czym? Przed własnym ojcem? — jego głos był pełen pogardy.
Czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu. Nawet moja mama mówiła:
— Aniu, daj mu trochę luzu. Chłopak potrzebuje ojca.
Ale nikt nie rozumiał tego bólu. Tego strachu, że stracę jedyną osobę, dla której żyję.
W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:
— Aniu, wszystko w porządku? Wyglądasz na wykończoną.
Nie mogłam jej powiedzieć prawdy. Że boję się własnego syna. Że boję się zostać sama.
Kulminacja przyszła w dniu moich urodzin. Bartek miał przyjść wcześniej do domu – obiecał upiec ze mną ciasto. Czekałam do osiemnastej… dziewiętnastej… O dwudziestej zadzwonił:
— Mamo, jestem u taty. Zapomniałem o cieście… Ale tata kupił mi nowy telefon! Wszystkiego najlepszego!
Rozłączyłam się bez słowa. Łzy ciekły mi po policzkach jak wtedy, gdy Paweł pierwszy raz wyszedł z domu i już nie wrócił.
Od tamtego dnia przestałam rozmawiać z Bartkiem. Widziałam jego próby – zostawiał mi karteczki na lodówce: „Mamo, przepraszam”, „Mamo, kocham Cię”. Ale ja nie potrafiłam już odpowiedzieć. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo moim płaczem.
Minęły tygodnie. Bartek próbował naprawić sytuację – przynosił kwiaty, pomagał w domu bez słowa skargi. Ale ja byłam jak zamknięta twierdza.
W końcu usiadł naprzeciwko mnie przy stole i powiedział cicho:
— Mamo… Ja Cię nie zdradziłem. Ja po prostu chciałem mieć tatę… Czy to źle?
Nie odpowiedziałam mu wtedy nic. Bałam się przyznać przed sobą, że może to ja jestem winna tej przepaści między nami.
Dziś siedzę sama w kuchni i patrzę na zdjęcie Bartka sprzed lat – uśmiechniętego chłopca z pierwszego dnia szkoły. Zastanawiam się: czy można kochać za bardzo? Czy można tak bardzo bać się utraty dziecka, że samemu się je odpycha?
Może powinnam mu wybaczyć? Może powinnam wybaczyć sobie?
Czy ktoś z Was też czuł się kiedyś zdradzony przez własne dziecko? Jak poradziliście sobie z takim bólem?