Moje pieniądze czy moja wolność? Historia Jany, która bała się odejść
– Janka, oddałaś już wypłatę? – głos Pawła rozległ się z kuchni, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz. Znowu. Każdego miesiąca to samo pytanie, ten sam rytuał. Wkładałam kopertę z pieniędzmi do szuflady przy lodówce, a Paweł nawet nie patrzył mi w oczy. Zawsze powtarzał, że tak jest lepiej, że on lepiej zarządza finansami, a ja przecież nie muszę się niczym martwić. Na początku wierzyłam, że to wyraz troski i miłości. Przecież tak robiła jego mama, tak robiły kobiety w jego rodzinie. Myślałam, że tak wygląda prawdziwe partnerstwo.
Ale dziś, kiedy wróciłam do pustego mieszkania – Paweł wyszedł na piwo z kolegami – poczułam coś innego niż zwykle. Zamiast ulgi pojawiła się złość. Przypomniałam sobie, jak jeszcze kilka lat temu miałam własne konto, marzenia i plany. Chciałam założyć małą kwiaciarnię na Mokotowie, odkładałam na kurs florystyki. Teraz nawet nie wiem, ile mam pieniędzy. Wszystko kontroluje Paweł.
Moja mama zawsze mówiła: „Janka, kobieta powinna być niezależna”. Ale ja chciałam być dobrą żoną. Chciałam wierzyć, że oddając mu wypłatę, buduję zaufanie. Tylko dlaczego czuję się coraz bardziej jak dziecko proszące o kieszonkowe?
Pewnego wieczoru, kiedy poprosiłam Pawła o pieniądze na prezent dla siostry, spojrzał na mnie z irytacją:
– Znowu? Przecież w zeszłym tygodniu dawałem ci na fryzjera. Nie możesz trochę oszczędzać?
Zacisnęłam zęby. Nie chciałam się kłócić. Ale w środku coś we mnie pękło.
Zaczęłam ukrywać drobne kwoty – resztę z zakupów, parę złotych od koleżanki za kawę. Czułam się winna, jakbym go zdradzała. Ale jednocześnie to była jedyna rzecz, którą miałam tylko dla siebie.
Kiedyś podsłuchałam rozmowę Pawła z jego matką:
– Janka nie rozumie, że to dla jej dobra – mówił szeptem. – Gdyby miała dostęp do pieniędzy, pewnie by je roztrwoniła.
Poczułam się jak dziecko, które nie zasłużyło na zaufanie.
Coraz częściej budziłam się w nocy z poczuciem lęku. Bałam się przyszłości. Co jeśli Paweł odejdzie? Co jeśli zachoruję? Nie mam żadnych oszczędności, żadnych zabezpieczeń. Nawet nie wiem, ile kosztuje nasze życie.
Pewnego dnia spotkałam się z Magdą, moją dawną przyjaciółką ze studiów. Siedziałyśmy w kawiarni przy Nowym Świecie i opowiadałyśmy sobie o życiu.
– Janka, a ty masz jakieś swoje pieniądze? – zapytała nagle.
Zawahałam się.
– Wszystko oddaję Pawłowi. On płaci rachunki, robi zakupy…
Magda spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Ale ty też pracujesz! To twoje pieniądze! Nie boisz się?
Poczułam gulę w gardle.
– Nie wiem… Tak już jest od lat.
– Janka, to nie jest normalne – powiedziała cicho. – To przemoc ekonomiczna.
To słowo uderzyło mnie jak policzek. Przemoc? Przecież Paweł nigdy mnie nie uderzył. Ale czy to znaczy, że wszystko jest w porządku?
Zaczęłam szukać informacji w internecie. Czytałam historie kobiet takich jak ja – wykształconych, pracujących, a jednak całkowicie zależnych od mężów. Zrozumiałam, że nie jestem sama.
Przez kilka tygodni zbierałam się na odwagę, żeby porozmawiać z Pawłem. W końcu pewnego wieczoru usiadłam naprzeciwko niego przy kuchennym stole.
– Chciałabym mieć swoje konto – powiedziałam cicho. – Chcę sama zarządzać swoimi pieniędzmi.
Paweł spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Po co ci to? Przecież wszystko masz! Dach nad głową, jedzenie…
– Ale nie mam wolności – wyszeptałam.
Wybuchł śmiechem.
– Wolność? Co ty sobie wymyśliłaś? Przecież jesteśmy rodziną!
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wiedziałam już, że nic się nie zmieni, jeśli sama czegoś nie zrobię.
Zaczęłam odkładać coraz więcej drobnych kwot. Znalazłam dodatkową pracę – korepetycje z angielskiego dla dzieci sąsiadów. Każdą złotówkę chowałam do starej puszki po herbacie ukrytej w szafie z pościelą.
W międzyczasie relacje między mną a Pawłem stawały się coraz bardziej napięte. Coraz częściej się kłóciliśmy. On zarzucał mi brak wdzięczności i lojalności. Ja czułam się coraz bardziej osaczona.
Najgorsze były święta u teściów. Siedziałam przy stole i słuchałam opowieści o tym, jak „Paweł dba o rodzinę”, jak „Janka ma dobrze”. Nikt nie pytał mnie o zdanie.
W końcu nadszedł dzień, kiedy zebrałam się na odwagę i powiedziałam Pawłowi, że chcę odejść.
– Zwariowałaś? – krzyknął. – Myślisz, że sobie poradzisz?
Bałam się jak nigdy wcześniej. Ale wiedziałam już, że muszę spróbować.
Spakowałam walizkę i pojechałam do mamy do Otwocka. Było mi wstyd i bałam się przyszłości bardziej niż czegokolwiek wcześniej. Ale pierwszy raz od lat poczułam ulgę.
Dziś mieszkam sama w małym mieszkaniu na Pradze. Pracuję w kwiaciarni Magdy i powoli odbudowuję swoje życie. Czasem jeszcze budzę się w nocy z lękiem – czy dam radę? Czy nie popełniłam błędu?
Ale kiedy patrzę na swoje odbicie w lustrze widzę kobietę, która odzyskała siebie.
Czy naprawdę warto poświęcać wszystko dla pozornego bezpieczeństwa? Ile jesteśmy w stanie oddać dla miłości i czy to jeszcze miłość? Może czasem trzeba wybrać siebie.