Nie jestem waszą służącą: Historia Marty z Wrocławia, która odważyła się powiedzieć „dość”

— Marta, znowu nie ma obiadu na stole? — głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, ręce miałam zanurzone w zimnej wodzie, a w gardle czułam znajome już pieczenie.

— Przepraszam, zaraz podam — odpowiedziałam cicho, nie patrząc jej w oczy.

To był zwykły wtorek, ale dla mnie każdy dzień wyglądał tak samo. Od dziesięciu lat mieszkałam z mężem, Pawłem, i jego rodzicami w starym domu na obrzeżach Wrocławia. Kiedyś marzyłam o własnym mieszkaniu, pracy w wydawnictwie, podróżach. Teraz moim światem była kuchnia, łazienka i sklep spożywczy na rogu.

Paweł wracał późno z pracy. Zawsze zmęczony, zawsze zły. — Marta, gdzie są moje koszule? — pytał, nawet nie witając się ze mną. Jego matka, pani Halina, miała na mnie oko przez cały dzień. Każde niedociągnięcie — plama na podłodze, kurz na półce — komentowała z wyższością. — U nas w domu zawsze było czysto — powtarzała.

Czasem próbowałam się bronić. — Może moglibyście mi trochę pomóc? — rzuciłam raz nieśmiało podczas kolacji. Paweł spojrzał na mnie jak na obcą osobę. — Przecież nie pracujesz. Co ty masz do roboty przez cały dzień? — odpowiedział.

Wtedy poczułam się jak powietrze. Niewidzialna. Służąca bez imienia.

Moja mama dzwoniła coraz rzadziej. — Martuś, wszystko w porządku? — pytała czasem, a ja kłamałam: — Tak, mamo, wszystko dobrze. Nie chciałam jej martwić. Wiedziałam, że nie rozumiałaby mojej sytuacji. Ona całe życie była silna, samodzielna. Ja… ja byłam cieniem samej siebie.

Najgorsze były niedziele. Cała rodzina schodziła się na obiad: szwagierka Ania z mężem i dziećmi, teść z gazetą pod pachą. Ja od rana w kuchni: rosół, schabowy, sernik. Słyszałam ich śmiechy zza drzwi, a sama czułam się jak duch.

Pewnego dnia coś we mnie pękło. Był środek zimy, śnieg padał za oknem, a ja stałam przy oknie i patrzyłam na dzieci bawiące się na podwórku sąsiadów. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat: uśmiechniętą studentkę polonistyki, która chciała pisać książki i zmieniać świat.

Wieczorem Paweł wrócił do domu i rzucił torbę na podłogę.
— Zrób mi herbatę — powiedział beznamiętnie.
— Pawle… czy ty mnie jeszcze kochasz? — zapytałam nagle, sama zaskoczona własną odwagą.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— O co ci chodzi? Przecież wszystko jest jak zawsze.
— No właśnie…

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i czułam narastający żal do siebie samej. Czy naprawdę tak miało wyglądać moje życie? Czy jestem tylko dodatkiem do czyjegoś szczęścia?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów, Kasia.
— Marta! Słyszałam, że szukają kogoś do redakcji lokalnej gazety! Może spróbujesz?
Serce zabiło mi mocniej.
— Kasia… ja nie wiem…
— Przestań! Jesteś świetna! Zasługujesz na coś więcej niż bycie kucharką dla teściowej!

Cały dzień myślałam o tej rozmowie. Wieczorem zebrałam się na odwagę i powiedziałam Pawłowi:
— Chciałabym spróbować wrócić do pracy.
Spojrzał na mnie jakbym zwariowała.
— Po co ci to? Przecież mamy wszystko! Kto będzie gotował? Kto zajmie się domem?
— Może czasem ty? Albo twoja mama?
Wybuchnął śmiechem.
— Ty chyba naprawdę oszalałaś.

Tej nocy płakałam długo w poduszkę. Ale rano… rano poczułam coś nowego: złość. Złość na nich wszystkich i na siebie samą za to, że pozwoliłam się tak traktować.

Zadzwoniłam do Kasi.
— Chcę spróbować. Umów mi spotkanie.

Pierwszy raz od lat ubrałam się ładnie, pomalowałam usta i wyszłam z domu z podniesioną głową. W redakcji przyjęli mnie serdecznie. Rozmawiałam z redaktorem naczelnym jak równa z równym. Poczułam się… żywa.

Kiedy wróciłam do domu, pani Halina czekała już w kuchni.
— Gdzie byłaś? Obiad zimny!
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Byłam na rozmowie o pracę.
Zbladła.
— A kto ci pozwolił?
— Nie potrzebuję pozwolenia.

Paweł był wściekły.
— Jeśli pójdziesz do pracy, możesz się wyprowadzić!
Patrzyłam na niego długo. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam go naprawdę: zmęczonego życiem człowieka, który nigdy nie nauczył się kochać inaczej niż przez wygodę.

Przez kilka dni w domu panowała cisza jak przed burzą. Ale ja już wiedziałam: nie wrócę do dawnej siebie.

Dostałam pracę w gazecie. Pierwszy raz od lat poczułam dumę i radość. Mama płakała ze szczęścia przez telefon.

Wyprowadziłam się do małego mieszkania na Nadodrzu. Było skromnie, ale moje własne cztery kąty pachniały wolnością i kawą z rana.

Czasem jeszcze myślę o Pawle i jego rodzinie. Czy żałuję? Nie. Wreszcie jestem sobą.

Czy naprawdę trzeba poświęcić siebie dla innych? A może czasem warto postawić granicę i zawalczyć o własne życie?