Pięć lat na moich barkach: Dziś pierwszy raz poprosiłam o pomoc

– Michał, musimy porozmawiać. Teraz. – Moje słowa odbiły się echem w ciasnym salonie naszego mieszkania na warszawskim Grochowie. Było już po dwudziestej, dzieciak spał, a ja czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Michał nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.

– O co chodzi, Anka? – mruknął, przewijając coś na ekranie.

Wzięłam głęboki oddech. Palce drżały mi tak, że musiałam je schować pod kocem. Od pięciu lat nosiłam to w sobie. Pięć lat płacenia rachunków, kupowania jedzenia, finansowania wyjazdów do jego syna z pierwszego małżeństwa. Pięć lat tłumaczenia przed rodziną, że „Michał właśnie zmienia pracę”, „Michał ma trudny okres”, „Michał się stara”.

– Nie mam już siły. Potrzebuję twojej pomocy. Finansowej. – Wypowiedzenie tych słów bolało mnie bardziej niż cokolwiek innego. Jakby przyznanie się do porażki.

Michał spojrzał na mnie z irytacją.

– Przecież pracuję! – rzucił.

– Ale nie dokładasz się do niczego! Wszystko jest na mojej głowie. Czynsz, prąd, jedzenie, nawet twoje papierosy! – Głos mi się załamał.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. W jego oczach widziałam coś, czego nie umiałam nazwać – może wstyd, może złość.

Zaczęło się niewinnie. Poznałam Michała na weselu kuzynki. Był starszy, miał w sobie coś z buntownika. Opowiadał o swoim synu, o rozwodzie, o tym, jak bardzo chce zacząć od nowa. Byłam wtedy świeżo po studiach, pełna energii i wiary w ludzi. Wydawało mi się, że razem możemy wszystko.

Kiedy Michał stracił pracę w agencji reklamowej, powiedziałam: „Nie martw się, damy radę”. Potem przyszły kolejne miesiące bez stałego zatrudnienia. Zawsze miał jakieś zlecenia – raz logo dla znajomego, innym razem ulotki dla osiedlowego fryzjera. Ale pieniędzy z tego było tyle co nic.

Moja mama powtarzała: „Anka, on cię wykorzystuje”. Tata milczał, ale widziałam w jego oczach rozczarowanie. Brat śmiał się pod nosem: „Znalazłaś sobie artystę”.

A ja? Ja tłumaczyłam Michała przed wszystkimi i przed sobą samą. Przecież kochałam go. Przecież miał trudne życie. Przecież nie można zostawić człowieka w potrzebie.

Ale z każdym miesiącem było coraz trudniej. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum – pensja marna, ale pewna. Po lekcjach dorabiałam korepetycjami. Wieczorami padałam ze zmęczenia na kanapę i marzyłam o jednym: żeby ktoś zapytał mnie choć raz, jak się czuję.

Michał coraz częściej znikał na całe dnie pod pretekstem „szukania pracy”. Czasem wracał późno, czasem w ogóle nie odbierał telefonu. Kiedy pytałam, mówił: „Nie rozumiesz, jak to jest być facetem bez pracy”.

Jego syn Bartek przyjeżdżał do nas co drugi weekend. Lubiłam go – był cichy, zamknięty w sobie chłopak z wiecznie spuszczonym wzrokiem. Michał starał się być dla niego dobrym ojcem – zabierał go na mecze Legii albo do kina. Ale za wszystko płaciłam ja.

Pamiętam jeden wieczór sprzed roku. Siedzieliśmy przy stole z Bartkiem i Michałem. Bartek zapytał:

– Tato, a czemu nie masz pracy?

Michał spiął się cały i rzucił:

– To nie twoja sprawa!

Bartek spuścił głowę i już się nie odezwał do końca kolacji.

Wtedy po raz pierwszy poczułam złość nie tylko na Michała, ale też na siebie. Za to, że pozwoliłam mu wejść mi na głowę.

Dziś wieczorem wszystko pękło.

– Anka, przecież wiesz, że teraz jest ciężko…

– Michał! Pięć lat jest ciężko! Ile jeszcze mam czekać? – Głos mi drżał.

– Może powinnaś mniej wydawać? – rzucił z przekąsem.

Poczułam, jakby ktoś mnie spoliczkował.

– Mniej wydawać? Może powinnam przestać jeść? Albo przestać płacić za twoje papierosy?

Wstałam gwałtownie od stołu i wybiegłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i osunęłam się na zimne kafelki. Łzy same płynęły mi po policzkach.

W głowie miałam tysiące myśli: Czy to ja jestem winna? Czy powinnam była postawić granice wcześniej? Czy on mnie jeszcze kocha?

Po kilku minutach wróciłam do salonu. Michała już tam nie było – zamknął się w sypialni.

Zadzwoniłam do mamy.

– Mamo… Nie daję już rady – wyszeptałam.

– Aniu, przyjedź do nas na weekend. Odpoczniesz trochę – powiedziała cicho.

Zgodziłam się bez wahania.

Następnego dnia spakowałam torbę i pojechałam do rodziców do Radomia. Mama czekała na mnie z herbatą i ciastem drożdżowym. Tata przytulił mnie mocno i powiedział:

– Córeczko, zasługujesz na coś lepszego.

Przez dwa dni spałam po dziesięć godzin na dobę i pierwszy raz od dawna poczułam się bezpieczna.

W niedzielę wieczorem wróciłam do Warszawy. Michała nie było w domu. Na stole leżała kartka:

„Muszę przemyśleć nasze życie. Michał.”

Nie wiedziałam, czy poczuć ulgę czy strach.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Michał milczał albo wychodził z domu bez słowa. Ja coraz częściej myślałam o rozwodzie.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie była żona Michała – Kasia.

– Anka… Muszę ci coś powiedzieć…

Okazało się, że Michał od kilku miesięcy pożycza od niej pieniądze „na alimenty”, których nigdy jej nie oddaje.

Poczułam się zdradzona podwójnie – jako żona i jako człowiek.

Tego samego wieczoru usiadłam naprzeciwko Michała i powiedziałam spokojnie:

– Chcę rozwodu.

Nie protestował. Nie płakał. Po prostu skinął głową i wyszedł z domu.

Dziś mija pół roku od tamtego dnia. Mieszkam sama w naszym dawnym mieszkaniu. Bartek czasem pisze do mnie na Messengerze – pyta, jak się czuję i czy może przyjechać na pierogi.

Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: Jak mogłam tak długo żyć w iluzji? Czy naprawdę miłość polega na poświęceniu siebie?

A wy? Czy kiedykolwiek baliście się poprosić o pomoc? Czy warto czekać aż wszystko pęknie?