Po latach samotności uwierzyłam w miłość – i zrozumiałam, że szczęście zaczyna się we mnie
– Znowu sama? – zapytała mnie sąsiadka, kiedy wracałam z zakupami, a siatka z chlebem i mlekiem obijała mi się o biodro. Uśmiechnęłam się blado, bo co miałam odpowiedzieć? Że od trzech lat nie miałam z kim wypić herbaty wieczorem, że dzieci dzwonią tylko w święta, a mąż – były mąż – nawet nie pamięta, kiedy mam urodziny? Przyzwyczaiłam się do tej ciszy, do pustych ścian, do samotnych kolacji przy kuchennym stole. Czasem wydawało mi się, że nawet mój kot, Bazyl, patrzy na mnie z politowaniem, jakby pytał: „Ile jeszcze wytrzymasz?”
Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego wieczoru, kiedy wróciłam z pracy i zobaczyłam na wycieraczce bukiet róż. Nie było karteczki, tylko kwiaty, świeże, pachnące, jakby ktoś chciał mi przypomnieć, że życie jeszcze się nie skończyło. Przez chwilę pomyślałam, że to pomyłka, ale następnego dnia, kiedy wychodziłam do sklepu, spotkałam Andrzeja. Stał pod klatką, w ręku trzymał parasol i uśmiechał się nieśmiało.
– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi… To ja zostawiłem te kwiaty. Chciałem tylko… – urwał, jakby szukał słów. – Chciałem, żeby pani się uśmiechnęła.
Andrzej był wdowcem, mieszkał dwie ulice dalej. Zaczęliśmy rozmawiać – najpierw o pogodzie, potem o życiu, o tym, jak trudno jest zaczynać od nowa, kiedy ma się już swoje lata i bagaż doświadczeń. Zaprosił mnie na kawę. Zgodziłam się, choć w środku czułam niepokój. Bałam się, że znowu się rozczaruję, że znowu ktoś mnie zrani.
Przez kolejne tygodnie spotykaliśmy się coraz częściej. Andrzej był czuły, troskliwy, słuchał mnie uważnie, nie oceniał. Opowiadał o swojej żonie, o tym, jak bardzo ją kochał i jak trudno było mu pogodzić się z jej odejściem. Ja mówiłam o swoim małżeństwie – o zdradzie, o bólu, o tym, jak bardzo chciałam wierzyć, że jeszcze kiedyś będę szczęśliwa. Wydawało mi się, że los wreszcie się do mnie uśmiechnął.
Ale im bliżej byliśmy siebie, tym więcej pojawiało się pytań. Andrzej był miły, ale czasem znikał na całe dni, nie odbierał telefonu. Tłumaczył się, że musi pomagać córce, że ma dużo pracy, że jest zmęczony. Zaczęłam czuć się jak wtedy, gdy mój mąż wracał późno do domu i nie chciał mówić, gdzie był. Przypomniały mi się stare lęki, niepewność, poczucie, że znowu jestem tylko dodatkiem do czyjegoś życia.
Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem na kanapie, zapytałam wprost:
– Andrzej, czy ty naprawdę chcesz być ze mną? Czy to tylko… żeby nie być samemu?
Spojrzał na mnie zaskoczony, potem spuścił wzrok.
– Nie wiem, Zosiu. Bardzo cię lubię, ale… boję się. Boję się, że znowu kogoś stracę. Że nie będę potrafił cię uszczęśliwić.
Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Przez chwilę milczeliśmy. W końcu wstałam, podeszłam do okna i patrzyłam na rozświetlone okna sąsiednich bloków. W każdym z nich ktoś żył, śmiał się, płakał, kochał. A ja? Czy naprawdę chcę znowu walczyć o czyjąś uwagę, o czyjeś uczucia?
Następnego dnia Andrzej zadzwonił, ale nie odebrałam. Potem przysłał SMS-a: „Przepraszam. Potrzebuję czasu.”
Przez kilka dni czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce. Znów wróciły stare myśli: „Może jestem za stara, za nudna, za bardzo poraniona?” Ale potem, któregoś ranka, kiedy siedziałam z kawą na balkonie i patrzyłam, jak słońce wschodzi nad dachami, poczułam spokój. Zrozumiałam, że przez całe życie szukałam szczęścia w innych ludziach – w mężu, w dzieciach, w Andrzeju. A przecież mogę być szczęśliwa sama ze sobą.
Zaczęłam robić rzeczy, na które nigdy nie miałam czasu. Zapisałam się na jogę, zaczęłam chodzić na spacery do parku, spotykać się z koleżankami. Odkryłam, że samotność nie musi być przekleństwem – może być szansą na poznanie siebie, na nauczenie się, czego naprawdę chcę od życia.
Dzieci zauważyły zmianę. Syn zadzwonił któregoś wieczoru:
– Mamo, wszystko w porządku? Jakoś inaczej brzmisz.
– Tak, synku. Wreszcie czuję się dobrze. Naprawdę dobrze.
Andrzej jeszcze kilka razy próbował się ze mną skontaktować. Odpisałam mu, że dziękuję za wszystko, ale muszę iść swoją drogą. Nie było łatwo, ale wiem, że to była dobra decyzja.
Dziś, kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę, która przeszła przez piekło i wyszła z niego silniejsza. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się zakocham. Może tak, może nie. Ale wiem jedno: nie potrzebuję nikogo, żeby być szczęśliwą. Szczęście zaczyna się we mnie.
Czasem zastanawiam się: ile z nas czeka na kogoś, kto nas uratuje? A może wystarczy, że same siebie uratujemy? Co o tym myślicie?