Trzy kotlety mielone i jedna prawda: Kiedy miłość staje się ciężarem

— Iwona, gdzie są moje kotlety? — głos Pawła przebił się przez hałas dzieci bawiących się w salonie. Stałam przy kuchence, mieszając ziemniaki, a w głowie miałam tylko jedno: żeby ten obiad wreszcie się skończył.

Trzy kotlety mielone leżały na talerzu. Dla Pawła, dla mnie i dla naszej najstarszej córki, Zosi. Dla bliźniaków przygotowałam coś lżejszego, bo lekarz zalecił im dietę. Wydawało się to takie zwyczajne, a jednak czułam, jakby ten obiad miał być ostatnim aktem w teatrze mojego życia.

— Już podaję! — odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem, choć w środku czułam pustkę. Paweł siedział przy stole z telefonem w ręku, nawet nie spojrzał na mnie, gdy stawiałam przed nim talerz. Zosia rzuciła mi szybkie spojrzenie — to spojrzenie nastolatki, która widzi więcej, niż chciałabym przyznać.

— Mamo, mogę iść po obiedzie do Oli? — zapytała cicho.

— Oczywiście, kochanie — odpowiedziałam łagodnie.

Paweł westchnął głośno. — Może byś usiadła na chwilę? Ciągle latasz po tej kuchni jak nakręcona.

Usiadłam. Kotlet na moim talerzu wyglądał jak symbol wszystkiego, co musiałam przełknąć przez te lata. Paweł zaczął jeść bez słowa. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko stukotem widelca o talerz.

— Dobre — mruknął w końcu Paweł. — Ale następnym razem daj mniej cebuli.

Zacisnęłam dłonie na kolanach. To był ten moment. Zwykły gest — jego krytyka, nawet nie złośliwa, raczej odruchowa — sprawił, że coś we mnie pękło. Przez lata nauczyłam się nie reagować na takie uwagi. Ale dziś… dziś nie mogłam już udawać.

— Może następnym razem sam zrobisz obiad? — powiedziałam cicho, patrząc mu prosto w oczy.

Paweł spojrzał na mnie zdziwiony. — Co ty znowu wymyślasz? Przecież tylko powiedziałem…

— Właśnie. Zawsze tylko mówisz. Nigdy nie pytasz, jak się czuję. Nigdy nie pytasz, czy mi ciężko. Po prostu zakładasz, że wszystko jest tak, jak powinno być.

Zosia spuściła wzrok. Bliźniaki przestały się śmiać w salonie.

— Iwona… — zaczął Paweł, ale przerwałam mu.

— Wiesz co? Mam dość. Mam dość tego, że jestem tu tylko po to, żeby gotować, sprzątać i słuchać twoich uwag. Mam dość tego, że nikt nie widzi mnie jako kobiety. Jako człowieka.

Wstałam od stołu i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

— Mamo… — Zosia podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem.

— Przepraszam — wyszeptałam do niej. — To nie twoja wina.

Paweł patrzył na mnie z niedowierzaniem. — Przesadzasz. Każdy ma swoje obowiązki. Ja pracuję całymi dniami…

— A ja? Myślisz, że ja nie pracuję? Że opieka nad domem i dziećmi to nie praca? Że moje zmęczenie się nie liczy?

Wyszedł z kuchni bez słowa. Zosia poszła do swojego pokoju. Bliźniaki patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczami.

Zostałam sama przy stole z trzema kotletami mielonymi i jedną prawdą: przez lata pozwoliłam sobie zniknąć. Pozwoliłam, żeby moje potrzeby były zawsze na końcu listy. Żeby moje marzenia były mniej ważne niż cudze oczekiwania.

Wieczorem Paweł wrócił do kuchni. Usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę milczał.

— Nie rozumiem cię — powiedział w końcu. — Przecież wszystko jest dobrze.

Popatrzyłam na niego ze zmęczeniem. — Dla ciebie może tak. Ale ja już nie chcę tak żyć.

Nie odpowiedział. Wyszedł znowu do salonu i włączył telewizor.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, kim byłam kiedyś — zanim zostałam żoną i matką. O swoich marzeniach o podróżach, o pracy w bibliotece, o pisaniu książek. O tym wszystkim, co porzuciłam dla rodziny.

Następnego dnia rano Paweł wyszedł do pracy bez słowa pożegnania. Dzieci poszły do szkoły i przedszkola. Zostałam sama w pustym mieszkaniu i poczułam… ulgę.

Zaparzyłam sobie kawę i usiadłam przy stole z kartką papieru. Zaczęłam pisać list do siebie samej:

„Iwona,
Nie jesteś tylko żoną i matką. Jesteś kobietą z własnymi potrzebami i marzeniami. Masz prawo być szczęśliwa.”

Pisząc te słowa płakałam, ale czułam też siłę, której dawno nie czułam.

Nie wiem jeszcze, co zrobię dalej. Czy odejdę od Pawła? Czy spróbuję zawalczyć o siebie w tym małżeństwie? Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie zniknąć.

Czasem wystarczy jeden obiad i trzy kotlety mielone, żeby zobaczyć całą prawdę o swoim życiu.

Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla innych aż do całkowitego zatracenia? Czy można odzyskać siebie po tylu latach kompromisów?